Książki (nie) tylko z górnej półki

Entries tagged as ‘wydawnictwo mag’

Pieśń dla Arbonne

październik 7, 2009 · Dodaj komentarz

Oparta na kulturze trubadurów, która narodziła się w Prowansji w szczytowym okresie średniowiecza, ta panoramiczna, fascynująca powieść, w przepiękny sposób odmalowuje alternatywną wersję średniowiecznego świata, tego samego, w których rozgrywa się akcja wielu innych powieści Kaya.

Kategorie: Ksiazki.tv
Otagowane: , , , , , , , ,

Listy z Hadesu

październik 1, 2009 · Dodaj komentarz

Jeffrey Thomas, amerykański pisarz, autor licznych opowiadań fantastycznych i horrorów, podejmuje nowe wyzwanie w swym zbiorze dziewięciu wzajemnie powiązanych opowiadań klasycznej fantastyki naukowej. Umiejscowienie akcji opowiadań w scenografii zaawansowanej technicznie i zróżnicowanej kulturowo cywilizacji pozwala na ukazanie ludzkiej kondycji w warunkach zwykle niespotykanych.

listy z hadesu

Thomas przedstawia sytuacje i reakcje ludzkie w zderzeniu z problemami z pogranicza etyki, nauki i socjologii, ukazując pełen wachlarz potencjalnych ludzkich ograniczeń oraz zakres zachowań jednostki ludzkiej. Fikcja naukowa jest jedynie dekoracją albo występuje jako katalizator lub mikroskop, w którym z pomocą autora dostrzegamy złożoność ludzkiej kondycji. Dzięki wykorzystaniu fikcji naukowej, fantastyki właśnie, Thomas dokonuje analizy człowieczeństwa i jednostki ludzkiej.

Punktown to potoczna nazwa miasta Paxton, które znajduje się na odległej planecie, gdzie ludzkość stanowi jeden z wielu obcych gatunków przenikających się nawzajem kultur. Mroczniejsze niż większość fantastyki naukowej, lecz nie pozbawione makabrycznego ironicznego humoru, zawarte w antologii opowiadania dotykają znanych literaturze SF zagadnień – klonowania, wpływu technologii na sztukę, problemu przestępstwa i kary w przyszłości, interakcji z kulturami obcych – wyzwań, przed którymi staje ludzkość i którym nie potrafi sprostać.

Thomas używa niezwykle eleganckiego, poetyckiego stylu, przedstawiając środowisko miejskie pełne życia i aktywności jako paradę ekscentrycznych, żywych i zapadających w pamięć postaci wszelkich typów ze wszystkich warstw społecznych – artystów, przestępców, robotów i klonów. Thomas przedstawia z uwagą i analizą wewnętrzne zmagania ludzi z poważnymi problemami sztuki i życia, pamięci i tożsamości, działań i konsekwencji.

Przykładowo, opowiadania „Duchy w deszczu” i „Sztuka kochania” są wspaniałymi opisami życia i uczuć artystów, i ich wysiłku do osiągnięcia uznania za swoje dzieła. Thomas w tych dwu obrazach śmiało wynajduje całkiem nowe fikcyjne zastosowanie dla zaawansowanej biologicznie skomputeryzowanej techniki aktu tworzenia. “Sezon na skóry” jest poruszającym portretem rozpadu osobowości pewnej kobiety, której usunięto z umysłu bolesne wspomnienia. “Biblioteka smutków” opowiada o wykorzystaniu zaawansowanej techniki do zmiany sposobu w jaki funkcjonuje pamięć umysłu.

Punktown to proza bardziej filozoficzna niż przygodowa. Miesza inteligencje ludzkie i nie-ludzkie w scenariuszu przedstawionym wspaniałą prozą bogatą w poetyckie wizje i emocje, które na długo zapadają w pamięć.

Tytuł: Listy z Hadesu. Punktown

Seria: Uczta Wyobraźni

Autor: Jeffrey Thomas

ISBN: 978-83-7480- 146-1

Kategorie: Pozostałe
Otagowane: , , , , , , ,

Gdzie Władca Pierścieni spotyka Dzień Szakala

lipiec 15, 2009 · Dodaj komentarz

GROMOWŁADNY to egzotyczna powieść w stylu Borgesa, która nawet na chwilę nie traci tempa i nie rozczarowuje.

gromowładny

Miasto, prawdziwe bądź wymyślone, pojawia się w wielu gatunkach powieści fantastycznych, zwłaszcza w literaturze urban fantasy. Jednak niewiele fikcyjnych powieści w prawdziwie ekstrawagancki sposób czci, odkrywa i bada miasta; rzadko kiedy miasto przestaje być jedynie dekoracją, a staje się pełnoprawnym bohaterem. Na myśl przychodzą Bellona Delany’ego, New Crobuzon Miélville’a, Viriconium Harrisona, Ambergris VanderMeera, Gormenghast Peake’a, Lankhmar Leibera czy niezliczone wizje Londynu autorstwa Moorcocka. Do tej ekskluzywnej listy możemy dodać Ararat, metropolię dotkniętą plagą bogów, gdzie toczy się akcja imponującej debiutanckiej powieści Feliksa Gilmana pt. GROMOWŁADNY… To mistrzowska powieść, oszałamiająca i nieoczekiwana jak grom z jasnego nieba…

GROMOWŁADNY robi wrażenie polotem, śmiałością wizji i pomysłowością. Miasto Ararat jest stworzone z takim przepychem i wyczuciem, że od pierwszej strony nie wątpimy w jego realność. Nazewnictwo olśniewa bogactwem przydomków i neologizmów. Kwestie ekonomiczne i społeczno-polityczne zostały przedstawione w solidny i wiarygodny sposób. Poszczególne warstwy miasta są traktowane z należytą uwagą. Bogowie odgrywają subtelną i odpowiednio dziwaczną rolę. Uwagę przykuwają także wzmianki o wielowymiarowości przedstawionego świata. Ararat jest równie nastrojowym miejscem jak Ambergis czy New Crobuzon, a także inne miasta „nie z tego świata”, jednak zachowuje oryginalność.

Książka do nabycia tutaj

Kategorie: Nowinki
Otagowane: , , ,

“Triumf Endymiona” Dana Simmonsa

czerwiec 17, 2009 · Dodaj komentarz

Dylogie Hyperion i Endymion Dana Simmonsa to jedna z najsłynniejszych serii fantastyki naukowej, popularnością dorównująca Diunie. Upadek Endymiona to kontynuacja dylogii Endymion, w skład której wchodzi Hyperion i Upadek Hyperiona. Endymion rozgrywa się 200 lat po upadku Hyperiona.

Triumf Endymiona ukazuje się 17 czerwca w ekskluzywnym wydaniu twarda oprawa, obwoluta, duży format – nakładem wydawnictwa Mag.

Od upadku Hegemonii większością planet rządzi Kościół katolicki wraz z tajemną organizacją Pax. Okazuje się, jednak, że nowej władzy zagraża Enea, która ma się stać nowym mesjaszem ludzkości. Ścigani przez wszechwładny Pax dziewczynka i jej ochroniarz Raul Endymion przemierzają czas i przestrzeń, by w końcu trafić na Ziemię ukrytą poza naszą galaktyką przez tajemniczą siłę.

Nagrodzony Hugo za najlepszą powieść 1990 roku Hyperion wkrótce trafi na ekrany kin. Jego producentem jest Graham King, który podpisał 3 kwietnia 2008 roku umowę z Warner Brothers na ekranizację serii. King wyprodukuje film pod swoją marką GK Films.

Dystrybutorem książek Wydawnictwa Mag jest Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o. www.olesiejuk.pl

Przeczytaj fragment powieści

rozdział 1
– Papież umarł! Niech żyje papież!
Krzyk odbił się echem od ścian dziedzińca San Damaso w Watykanie, gdzie w apartamentach papieskich znaleziono właśnie ciało zmarłego we śnie Juliusza XIV. W kilka minut wieść o jego śmierci rozeszła się po zespole przypadkowo dobranych budynków, nadal określanych mianem Pałacu Watykańskiego, po czym z prędkością ognia rozprzestrzeniającego się w czystym tlenie zaczęła szerzyć się po całym Watykanie: w mgnieniu oka dotarła do kompleksu biurowego, przemknęła przez zatłoczoną Bramę Świętej Anny do Pałacu Apostolskiego i trafiła do przylegającego doń budynku rządowego; znalazła chętnych słuchaczy w bazylice świętego Piotra, co nawet zwróciło uwagę celebrującego mszę arcybiskupa, który z marsem na czole odwrócił się, by zerknąć na nieoczekiwanie rozszeptanych i posykujących wiernych. Wierni ci, opuszczając bazylikę, ponieśli pogłoskę o odejściu Ojca Świętego dalej, do zgromadzonych na Placu Świętego Piotra tłumów – reakcja około osiemdziesięciu, może nawet stu tysięcy turystów i urzędników, składających wizytę dostojnikom Paksu, przypominała wybuch ładunku plutonu, który nagle osiągnął masę krytyczną.
Pokonawszy główną bramę – Łuk Dzwonów, przez który do Watykanu kierowano ruch kołowy – nowina rozpędziła się do prędkości swobodnych elektronów, następnie osiągnęła prędkość światła, by wreszcie wymknąć się poza Pacem na pokładach statków z napędem Hawkinga, poruszających się tysiąckroć szybciej niż światło. Tymczasem nieco bliżej, tuż poza starożytnymi watykańskimi murami, w kamiennym, posępnym Zamku Świętego Anioła, gdzie w miejscu pierwotnego mauzoleum Hadriana znajdowała się teraz siedziba Świętej Inkwizycji, rozdzwoniły się telefony i komlogi. Przez cały ranek Watykan rozbrzmiewał grzechotem różańców i szelestem wykrochmalonych sutann, gdy funkcjonariusze Stolicy Apostolskiej spieszyli gromadnie do swoich biur, by śledzić zaszyfrowane doniesienia z sieci i oczekiwać poleceń od przełożonych. Komunikatory osobiste podzwaniały, piszczały i wibrowały w kieszeniach i implantach tysięcy administratorów Paksu, dowódców sił zbrojnych i oficjeli Mercantilusa. Pół godziny od znalezienia zwłok papieża poinformowano o tym fakcie agencje informacyjne na Pacem; ich pracownicy przygotowali zrobotyzowane holokamy, uruchomili zastępy przekaźników satelitarnych, wysłali swoich najlepszych pracowników do watykańskiego biura prasowego – i czekali. W międzygwiezdnym społeczeństwie, w którym Kościół sprawował niemal absolutną władzę, oczekiwano nie tyle niezależnego potwierdzenia informacji, ile raczej oficjalnego pozwolenia na jej zaistnienie.
Dwie godziny i dziesięć minut po odkryciu, że Juliusz XIV nie żyje, Kościół potwierdził jego zgon w oświadczeniu wydanym przez biuro watykańskiego sekretarza stanu, kardynała Lourdusamy. W kilka ­sekund nagranie z oświadczeniem dotarło do wszystkich odbiorników radiowych i holowizyjnych na kipiącej życiem Pacem. Półtora miliarda mieszkańców planety – ponownie narodzonych chrześcijan z krzyżokształtami, w większości pracowników olbrzymiej machiny biurokratycznej watykańskiej armii, służb cywilnych i handlowych – z zaciekawieniem wysłuchało wiadomości. Jeszcze przed wydaniem oficjalnego komunikatu kilkanaście nowych okrętów klasy „archanioł” opuściło bazy na orbicie i udało się w podróż do wybranych obszarów w niewielkiej opanowanej przez człowieka części galaktyki. Ich załogi poniosły śmierć na miejscu wskutek działania superszybkiego napędu, ale informacja o śmierci Ojca Świętego, zapisana w komputerach i transponderach kodujących, dotarła bezpiecznie do ponad sześćdziesięciu najważniejszych światów archidiecezjalnych. Te same statki kurierskie miały zabrać na Pacem nielicznych kardynałów, którzy osobiście wezmą udział w rychłych wyborach nowego papieża. Większość wyborców będzie jednak wolała zostać w domu i nie przechodzić przez rytuał śmierci – nawet w obliczu pewnego zmartwychwstania. Prześlą tylko zaszyfrowane, interaktywne dyski holograficzne ze swoim eligo na następnego papieża.
Dalsze osiemdziesiąt pięć statków Paksu, głównie szybkich niszczycieli wyposażonych w napęd Hawkinga, przygotowywało się do skoku; ich podróż potrwa od kilku dni do kilku miesięcy, a względny dług czasowy wyniesie od paru tygodni do paru lat. Na razie jednak musiały jeszcze poczekać dwa lub trzy tygodnie standardowe na wybór nowego papieża, a dopiero później ponieść nowinę do ponad stu trzydziestu mniej znaczących kontrolowanych przez Pax układów planetarnych, których arcybiskupi mieli pod opieką dalsze miliardy wiernych. Archidiecezje miały się zająć we własnym zakresie zawiadomieniem pomniejszych układów i tysięcy kolonii na Pograniczu o śmierci, wskrzeszeniu i ponownym wyborze Ojca Świętego. Z górą dwieście bezzałogowych statków kurierskich z napędem Hawkinga, stacjonujących na co dzień w olbrzymiej bazie wojskowej Paksu na jednej z asteroid krążących wokół Pacem, czekało w pogotowiu na zaprogramowanie oficjalnej informacji o zmartwychwstaniu i reelekcji papieża Juliusza. Ich zadaniem było zanieść nowinę do jednostek floty bojowej zaangażowanych w wojnę z Intruzami w rejonie tak zwanego Wielkiego Muru – gigantycznej strefy obronnej, rozciągającej się daleko poza granicami wpływów Paksu.
Papież Juliusz umierał dotąd ośmiokrotnie. Miał słabe serce, a nie zgadzał się, by cokolwiek w nim naprawiano, czy to w drodze zabiegów chirurgicznych, czy też nanoplastycznych. Uważał, że Ojciec Święty powinien naturalnie dożyć końca swych dni, by po jego śmierci można było wybrać następcę; fakt, że już ośmiokrotnie wybierano tę samą osobę, w żaden sposób nie wpłynął na zmianę jego opinii. Teraz zaś, gdy jego ciało przygotowywano do oficjalnego wieczornego wystawienia, przed przeniesieniem do prywatnej kaplicy zmartwychwstańczej na tyłach bazyliki, kardynałowie i ich zastępcy szykowali się do wyborów.
Kaplicę Sykstyńską zamknięto dla turystów i zaczęto przygotowywać do głosowania, do którego powinno dojść w ciągu najbliższych trzech tygodni. Wstawiono zabytkowe, zadaszone stalle dla osiemdziesięciu trzech kardynałów, którzy mieli osobiście stawić się na tę uroczystość; sprowadzono projektory holograficzne i zainstalowano interaktywne łącza do infopłaszczyzny, mając na uwadze tych dostojników, którzy woleli głosować z macierzystych planet. Przed ołtarzem ustawiono stół dla skrutatorów, na którym znalazły się małe kartki papieru, igły, nici, taca, kawałki płótna i inne drobiazgi. Stół rewizorów stanął nieco z boku. Główne wrota kaplicy zamknięto i opieczętowano. Na straży stanęli żołnierze z Gwardii Szwajcarskiej w bojowych pancerzach, uzbrojeni w najnowszą broń energetyczną; podobnych wartowników wystawiono przy opancerzonych drzwiach papieskiej kaplicy zmartwychwstańczej.
Zgodnie z pradawnym protokołem wybory miały się odbyć nie wcześniej niż po piętnastu dniach od śmierci papieża, zarazem jednak nie później niż po dwudziestu. Kardynałowie mieszkający na Pacem oraz na planetach leżących w zasięgu trzytygodniowego długu czasowego odwołali wszystkie spotkania i zaczęli przygotowywać się do konklawe.
***
Niektórzy otyli ludzie noszą ciężar własnego ciała jak stygmat folgowania swoim żądzom, symbol lenistwa i słabości; są jednak i tacy, którzy obnoszą się z nim prawdziwie po królewsku, traktując swoją cielesną wielkość jak oznakę władzy. Simon Augustino kardynał Lourdusamy należał do tej drugiej kategorii: olbrzymi niczym okryta biskupim szkarłatem góra, wyglądał na niespełna sześćdziesiąt lat standardowych i od ponad dwóch wieków pozostawał aktywnym dostojnikiem Kościoła, przechodząc kolejne udane zmartwychwstania. Łysy, obdarzony masywną szczęką i potężnym, basowym głosem, przetaczającym się jak grzmot (bez pomocy systemu nagłaśniającego) przez bazylikę świętego Piotra, Lourdusamy stanowił najpełniejsze ucieleśnienie zdrowia i witalności w całym Watykanie. Wielu wysoko postawionych członków kościelnej hierarchii przypisywało mu, wówczas jeszcze młodemu urzędnikowi w watykańskiej machinie dyplomatycznej, poprowadzenie zbolałego, cierpiącego ojca Lenara Hoyta, jednego z hyperiońskich pielgrzymów, do odkrycia sekretu krzyżokształtu i uczynienia zeń instrumentu wskrzeszenia. W ich oczach Lourdusamy na równi z niedawno zmarłym papieżem przyczynił się do odrodzenia zamierającego Kościoła.
Bez względu na to, czy legenda ta zawierała ziarno prawdy, dziewiątego dnia po śmierci Ojca Świętego, a na pięć dni przed jego wskrzeszeniem, Lourdusamy był w znakomitej formie. Jako sekretarz stanu, prezes komitetu nadzorującego działanie dwunastu Świętych Kongregacji i prefekt najbardziej tajemniczej i darzonej największym lękiem Kongregacji Doktryny Wiary – po z górą tysiącletnim bezkrólewiu ponownie znanego pod nazwą Świętego Oficjum Wszechświatowej Inkwizycji – Lourdusamy bez wątpienia nie miał sobie równych pod względem sprawowanej w kurii władzy. Ba, teraz, gdy Jego Świątobliwość papież Juliusz XIV spoczywał w bazylice oczekując ponownego zmartwychwstania, Simon Augustino kardynał Lourdusamy prawdopodobnie nie miał sobie równych w całym wszechświecie.
I doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
– Czy już przybyli, Lucas? – zwrócił się do monsignora Lucasa Oddiego, mężczyzny, który od dwóch pracowitych stuleci był jego asystentem i zausznikiem.
Chudy, niemłody i nerwowy w ruchach podsekretarz stanu stanowił idealne przeciwieństwo potężnego, nie starzejącego się i powściągliwego kardynała. Pełny przysługujący mu tytuł Zastępcy i Sekretarza Cyfry skracano zwykle do „Zastępcy”, choć dla wysokiego, kościstego benedyktyna lepsze byłoby jakieś bardziej tajemnicze przezwisko, skoro przez dwadzieścia dwa dziesięciolecia wiernej służby nie dał nikomu – nawet samemu Lourdusamy’emu – poznać swoich prawdziwych uczuć i opinii. Stał się prawą ręką kardynała tak dawno i służył mu tak skutecznie, że ten dawno już przestał go uważać za coś więcej niż po prostu przedłużenie własnej woli i umysłu.
– Właśnie zajęli miejsca w wewnętrznej poczekalni – odparł Oddi.
Lourdusamy skinął głową. Watykański zwyczaj organizowania ważnych spotkań w poczekalniach zamiast w prywatnych gabinetach najwyższych urzędników liczył grubo ponad tysiąc lat – wywodził się z czasów przed hegirą, przed ucieczką ludzi z umierającej Ziemi i kolonizacją gwiazd. Wewnętrzna poczekalnia w biurze sekretarza stanu była niewielka – najwyżej pięć na pięć metrów – i prawie pozbawiona sprzętów; stał tu tylko okrągły marmurowy stół bez wbudowanych komunikatorów. Jedyne okno wychodziło na ozdobiony przepięknymi freskami balkon, ale szyby zawsze były tak spolaryzowane, by nie przepuszczać światła. Na ścianach zawieszono dwa obrazy trzydziestowiecznego mistrza Karo-tana: jeden z nich przedstawiał mękę Chrystusa w ogrójcu, drugi zaś olbrzymiego, bezpłciowego anioła, ofiarowującego papieżowi Juliuszowi (a właściwie jego prepapieskiej inkarnacji, ojcu Lenarowi Hoytowi) krzyżokształt; scenie tej bezradnie przyglądał się Szatan (pod postacią Chyżwara).
Czworo zebranych w pokoju ludzi – trzech mężczyzn i kobieta – reprezentowało Radę Nadzorczą Pankapitalistycznej Ligi Niezależnych Katolickich Międzygwiezdnych Organizacji Handlowych, lepiej znanej jako Pax Mercantilus. Dwóch mężczyzn mogło z powodzeniem uchodzić za ojca i syna: M. Helvig Aron i M. Kennet Hay-Modhino byli podobni jak dwie krople wody. Nosili takie same, kosztowne stroje i drogie, tradycyjne fryzury, mieli podobnie subtelne twarze, bioformowane na podobieństwo północnych Europejczyków ze Starej Ziemi, i dyskretne czerwone spinki, zdradzające przynależność do Niezawisłego Zakonu Rycerskiego Świętego Jana z Jeruzalem, Rodos i Malty – starożytnego stowarzyszenia szerzej znanego pod nazwą „Kawalerów Maltańskich”. Trzeci z mężczyzn miał azjatyckie rysy i nosił prostą, bawełnianą szatę. Nazywał się Kenzo Isozaki i tego dnia był drugim pod względem sprawowanej władzy człowiekiem w Paksie – po kardynale Lourdusamy. Ostatnia przedstawicielka Mercantilusa wyglądała na nieco ponad pięćdziesiąt lat standardowych, miała ciemne, niedbale przycięte włosy i ściągniętą twarz. Przybyła na spotkanie w tanim stroju roboczym z plastowłókniny. Nazywała się M. Anna Pelli Cognani i uchodziła za pewną kandydatkę do odziedziczenia fortuny Isozakiego. Od lat krążyły plotki, że jest kochanką kobiety wyświęconej na arcybiskupa Renesansu.
Wszyscy wstali i skłonili się lekko w chwili, gdy kardynał Lourdusamy wszedł i zajął miejsce przy stole. Lucasowi Oddiemu przypadła w udziale rola jedynego obserwatora rozmów; stanął z boku i splótł dłonie przed sobą. Oczy umęczonego Chrystusa Karo-tana zerkały na zgromadzonych sponad czarno odzianych ramion monsignora.
Aron i Hay-Modhino podeszli do kardynała, uklękli na jedno kolano i ucałowali zdobiony szafirem pierścień, ale zanim Isozaki i ­Cognani zdążyli uczynić to samo, Lourdusamy dał znak ręką, że nie życzy sobie tak ścisłego przestrzegania protokołu. Kiedy wszyscy znów zajęli miejsca przy stole, powiedział:
– Jesteśmy starymi przyjaciółmi. Wiecie, że reprezentuję Stolicę Apostolską w okresie tymczasowej nieobecności Ojca Świętego i że treść naszej rozmowy nie wyjdzie poza próg tej komnaty. – Uśmiechnął się. – A ta komnata, moi drodzy, jest najbezpieczniejszym i najbardziej dyskretnym pokojem w całym Paksie.
Aron i Hay-Modhino odpowiedzieli uśmiechami; wyraz twarzy Isozakiego nie uległ zmianie, pogłębił się natomiast mars na czole Anny Pelli Cognani.
– Wasza Ekscelencjo… – wtrąciła. – Czy mogę mówić otwarcie?
Kardynał podniósł rękę. Nie ufał ludziom, którzy chcieli być „otwarci”, zarzekali się, że będą mówić „bez ogródek” i „całkowicie szczerze”.
– Naturalnie, moja droga – odparł. – Żałuję tylko, że wskutek niesprzyjających okoliczności i niecierpiących zwłoki obowiązków nie mamy zbyt wiele czasu.
Pelli Cognani skinęła głową; zrozumiała, że ma mówić krótko i zwięźle.
– Poprosiliśmy o zwołanie tej narady nie tylko po to, by pokazać się jako lojalni członkowie Ligi Pankapitalistycznej Jego Świątobliwości, lecz także jako przyjaciele Stolicy Apostolskiej i pańscy, Eminencjo.
Lourdusamy skinął uprzejmie głową. Jego wąskie wargi układały się w łagodny uśmiech.
– Rozumiem.
M. Helvig Aron odchrząknął.
– Wasza Eminencjo, Mercantilus żywo interesuje się zbliżającymi się wyborami papieża.
Kardynał postanowił mu nie przerywać, ale dalej mówił już M. Hay‑Modhino:
– Chcielibyśmy zapewnić Waszą Eminencję, zarówno jako sekretarza stanu, jak i potencjalnego kandydata do godności papieskiej, że po wyborze nowego Ojca Świętego Liga będzie nadal z absolutną lojalnością realizować założenia polityki Watykanu.
Lourdusamy niemal niedostrzegalnie skinął głową. Doskonale rozumiał, o co chodzi: w jakiś sposób Pax Mercantilus – sieć wywiadowcza Isozakiego – wyniuchał możliwość przewrotu w watykańskiej hierarchii. Udało im się podsłuchać najcichsze szepty, odkryć sekrety najlepiej zabezpieczonych pomieszczeń, takich jak to, w którym odbywała się ta rozmowa. Isozaki słyszał plotki o planowanym zastąpieniu papieża Juliusza kimś nowym – i że tym kimś miałby być właśnie on, Simon Augustino kardynał Lourdusamy.
– W smutnym okresie pustki na Piotrowym Tronie – ciągnęła M. Cognani – uznaliśmy za swój obowiązek zapewnić oficjalnie i prywatnie o niezłomnej wierności Ligi wobec Stolicy Apostolskiej i Kościoła Świętego, wierności budowanej na z górą dwustuletnich podstawach.
Kardynał znów pokiwał głową i czekał, ale przywódcy Mercantilusa umilkli. Przez chwilę zastanawiał się, co sprawiło, że Isozaki stawił się na spotkanie osobiście.
Chciał na własne oczy zobaczyć moją reakcję, zamiast jak zwykle polegać na raportach podwładnych. Starzy ludzie nade wszystko wierzą własnym zmysłom i przeczuciom. To dobry pomysł.
Lourdusamy się uśmiechnął. Pozwolił, żeby cisza przeciągnęła się jeszcze o minutę, nim zabrał głos:
– Przyjaciele! Nawet nie wiecie, jak ciepło robi mi się na sercu na myśl o tym, że czworo tak ważnych i zapracowanych ludzi postanowiło odwiedzić biednego kapłana w ten ciężki, smutny dla nas wszystkich czas.
Isozaki i Cognani pozostali nieporuszeni, za to w oczach pozostałej dwójki kardynał dostrzegł błysk źle maskowanej nadziei. Jeżeli w tym momencie dałby znak, nawet najbardziej subtelny, że cieszy się z ich poparcia, Mercantilus znalazłby się na równym poziomie z konspiratorami z Watykanu; stałby się de facto równorzędnym partnerem następnego papieża.
Lourdusamy pochylił się nad stołem; jego uwagi nie umknął fakt, że M. Isozaki podczas całej wymiany zdań nawet nie mrugnął.
– Moi drodzy – mówił dalej. – Jako dobrzy, ponownie narodzeni chrześcijanie, jako szpitalnicy… – skinął głową w stronę M. Hay-Modhino i M. Arona – bez wątpienia znacie procedurę wyboru nowego papieża. Pozwólcie jednak, że wam ją przypomnę. Kiedy kardynałowie lub ich interaktywne, holograficzne odpowiedniki znajdą się w Kaplicy Sykstyńskiej, a drzwi do niej zostaną zamknięte i opieczętowane, możemy dokonać wyboru na trzy sposoby: przez aklamację, przez delegację bądź w tajnym głosowaniu. W pierwszym wypadku Duch Święty oświeca kardynałów, którzy jednomyślnie ogłaszają kto zostanie nowym Ojcem Świętym; każdy z nas wypowiada słowo eligo – czyli „wybieram” – i imię wspólnego kandydata. Przy wyborze przez delegację wybieramy kilku lub kilkunastu kardynałów, którzy następnie podejmują decyzję w imieniu nas wszystkich. W głosowaniu tajnym wypełnia się kartki i liczy głosy tak długo, aż jeden z kandydatów otrzyma dwie trzecie głosów plus jeden. Wtedy dopiero wybór uznaje się za dokonany, a oczekujące miliardy wiernych mogą ujrzeć sfumata, czyli kłęby białego dymu, oznaczające, że rodzina Kościoła znów ma Ojca.
Przedstawiciele Mercantilusa siedzieli w milczeniu. Każde z nich doskonale zdawało sobie sprawę z tajników procedury wyboru papieża – nie tylko znali starodawne mechanizmy, ale byli też świadomi gier politycznych, presji, paktów, blefów i najzwyklejszego szantażu, które na przestrzeni wieków nierozerwalnie łączyły się z konklawe. Powoli zaczynali rozumieć, dlaczego Lourdusamy z takim naciskiem wykłada im rzeczy oczywiste.
Sekretarz stanu grzmiał dalej:
– Ostatnie dziewięć razy papieża wybrano przez aklamację, czyli pod bezpośrednim wpływem Ducha Świętego.
Zawiesił głos i zapanowała długa, ciężka cisza. Monsignor Oddi spoglądał na zebranych zza pleców kardynała, równie nieruchomy jak Chrystus na obrazie i z równie niewzruszonym spojrzeniem jak Kenzo Isozaki.
– Nie mam powodów, by przypuszczać, że tym razem będzie inaczej – zakończył Lourdusamy.
Przez chwilę nikt się nie poruszył, aż wreszcie M. Isozaki leciutko skinął głową: komunikat został wysłuchany i zrozumiany. Nie będzie przewrotu w Watykanie, a gdyby nawet rzeczywiście do niego doszło, Lourdusamy kontroluje sytuację i nie potrzebuje wsparcia ze strony Mercantilusa. Jeżeli nic się nie wydarzy, znaczy to, że czas kardynała jeszcze nie nadszedł, a papież Juliusz znów zostanie zwierzchnikiem Kościoła i Paksu. Grupa Isozakiego podjęła ogromne ryzyko, kierując się obietnicą niewyobrażalnej władzy, gdyby udało im się sprzymierzyć z przyszłym Ojcem Świętym; teraz pozostało im tylko przyjąć na siebie konsekwencje ryzykownej decyzji. Sto lat wcześniej papież Juliusz ekskomunikował za drobne uchybienia jednego z przodków Isozakiego: cofnięto mu przywilej sakramentu krzyżokształtu i skazano na życie w separacji od katolickiej społeczności – czyli wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci na Pacem i większości podległych Paksowi planet – zakończone prawdziwą śmiercią.
– Przykro mi, ale obowiązki nie pozwalają mi dłużej przebywać w waszym szacownym towarzystwie – zagrzmiał ponownie bas kardynała.
Zanim jednak Lourdusamy zdążył wstać i wbrew protokołowi obowiązującemu w obecności księcia Kościoła, M. Isozaki postąpił szybko dwa kroki naprzód, ukląkł na jedno kolano i ucałował jego pierścień.
– Eminencjo… – zabrzmiał cichy głos starego miliardera, stojącego na czele Pax Mercantilus.
Tym razem przed wyjściem z komnaty Lourdusamy pozwolił, by każdy z członków Rady Nadzorczej oddał mu należny hołd.
***
Następnego dnia po śmierci papieża jednostka klasy „archanioł” weszła w przestrzeń okołoplanetarną Bożej Kniei. Był to jedyny statek tego typu nie wysłany w kosmos z misją kurierską, w dodatku mniejszy od nowych okrętów. Nazywał się Rafael.
Kilka minut po zajęciu pozycji na orbicie od kadłuba oddzielił się lądownik, który po chwili z rykiem zanurzył się w atmosferze popielatej planety. Jego załoga składała się z dwóch mężczyzn i kobiety, wyglądających na rodzeństwo: mieli identycznie szczupłe ciała, bladą cerę, ciemne, krótkie, falujące włosy, wąskie usta i czujne spojrzenia. Mieli na sobie całkiem zwyczajne skafandry w kolorach czerwonym i czarnym, ich nadgarstki zdobiły skomplikowane komlogi. Obecność załogi w lądowniku była o tyle niezwykła, że pasażerowie archaniołów ginęli natychmiast, gdy statek wchodził w przestrzeń Plancka, a wskrzeszenie człowieka w pokładowej komorze zmartwychwstańczej wymagało zwykle trzech dni.
Ci troje nie byli ludźmi.
Lądownik wysunął skrzydła i wygładził powierzchnię kadłuba, by nadać jej jak najbardziej aerodynamiczny kształt. Z prędkością trzech machów przeciął linię terminatora. Wleciał w strefę dnia nad Bożą Knieją, dawną planetą templariuszy, teraz poznaczoną masą wypalonych blizn, pól popiołu i dolin po cofających się lodowcach i rzadko porośniętą rachitycznymi sekwojami, walczącymi o odrodzenie się w zmasakrowanym krajobrazie. Zwolniwszy do szybkości poddźwiękowej, przemknął nad wąską strefą łagodnego klimatu i jako tako rozwiniętej roślinności w pobliżu równika, po czym ruszył wzdłuż rzeki w stronę pniaka, który pozostał po Światodrzewie – wciąż wysoki na ponad kilometr i mierzący osiemdziesiąt trzy kilometry średnicy trzon majaczył nad południowym horyzontem niczym rozległy, czarny płaskowyż. Lądownik wyminął go i lecąc nad rzeką skręcił na zachód, opadając coraz niżej i niżej, aż wreszcie wylądował na głazie, za którym woda wpadała w wąską gardziel. Kobieta i mężczyźni zeszli po wysuniętych ze statku schodach i rozejrzeli się po okolicy. W tej części planety dzień dopiero niedawno wstał. Woda burzyła się i grzmiała wpadając w bystrza, ptaki świergotały, a w dole rzeki jakieś niewidoczne nadrzewne zwierzęta wtórowały im swoim piskiem. W powietrzu unosiła się woń sosnowego igliwia, wilgotnej ziemi, popiołu i mieszanina obcych, nieznanych zapachów. Przed ponad dwustu pięćdziesięciu laty Boża Knieja została zaatakowana i zniszczona z orbity. Te spośród mierzących dwieście metrów wysokości drzew, z którymi templariusze nie uciekli w kosmos, spłonęły w pożarze, szalejącym na planecie przez blisko sto lat. Ugasiło go dopiero nadejście atomowej zimy.
– Ostrożnie – powiedział jeden z mężczyzn, gdy we troje zaczęli schodzić nad rzekę. – Monowłókna, które zainstalowała, powinny wciąż tu być.
Kobieta skinęła głową i z pianogumowego plecaka wyjęła laser. Przestawiwszy go na maksymalne rozproszenie wiązki, omiotła promieniem najbliższy fragment nurtu. Niewidzialne z początku włókna zalśniły niczym pajęczyna pokryta kroplami rosy, na których skrzy się poranne słońce. Kilkakrotnie przecinały wzburzoną wodę, a ich końcówki owijały się wokół kamieni.
– Ale nie w miejscu, gdzie mamy pracować.
Kobieta wyłączyła laser. Pokonali wąski pas przybrzeżnej plaży i wspięli się na skaliste zbocze, którego granit został podczas wypalania Bożej Kniei stopiony i popłynął jak lawa. Na jednym z kamiennych tarasów widniały ślady jeszcze świeższych zniszczeń: pod szczytem głazu, wystającego dobre dziesięć metrów ponad koryto rzeki, widniał wytopiony w skale krater. Był idealnie okrągły, miał pięć metrów średnicy i pół metra głębokości. Od strony południowo-wschodniej, gdzie lawa niczym wodospad spłynęła do rzeki, rozbryzgując się i tryskając w zetknięciu z wodą, na szczyt kamiennego bloku prowadziły naturalne, czarne stopnie. Skała wypełniająca okrągłe zagłębienie miała ciemniejszy odcień i była gładsza niż pozostała część głazu, jak oszlifowany onyks wstawiony w granitowy tygiel.
Jeden z mężczyzn zszedł do krateru, położył się i przytknął ucho do skały. Po sekundzie wstał i skinął głową do towarzyszy.
– Odsuńcie się – poleciła kobieta, kładąc dłoń na komlogu.
Zrobili pięć kroków w tył, gdy z nieba strzelił promień czystej energii. Ptaki i zwierzęta czmychnęły w panice w gąszcz. Natychmiastowa jonizacja i przegrzanie powietrza wywołały rozchodzącą się promieniście falę uderzeniową; w promieniu pięćdziesięciu metrów gałęzie i liście drzew buchnęły płomieniem. Średnica stożkowatej wiązki światła dokładnie odpowiadała średnicy zagłębienia w kamieniu, które zmieniło się w kałużę płynnego ognia.
Mężczyźni i kobieta obserwowali to wszystko bez mrugnięcia okiem. Skafandry, wystawione na działanie temperatur godnych pieca hutniczego, zaczęły się na nich tlić, ale specjalnie dobrany materiał nie płonął.
– Wystarczy – stwierdziła kobieta, przekrzykując grzmot rozszerzającego się pożaru.
Złocisty promień zniknął. Nagrzane powietrze z hukiem wypełniło pozostałą po nim pustkę. Zagłębienie w skale stało się kolistym zbiornikiem bulgoczącej lawy.
Jeden z mężczyzn przyklęknął na skraju krateru i pochylił się ku jego powierzchni, jak gdyby nasłuchiwał. Znów skinął głową i dokonał przeskoku fazowego: w jednej chwili miał normalne ciało, kości, krew, skórę i włosy, w następnej zaś upodobnił się do chromowanego posągu. W jego przypominającej rtęć srebrzystej skórze idealnie odbijało się blade niebo, płonący las i ognista kałuża. Zanurzył w lawie dłoń, schylił się niżej, zagłębił całe ramię, po czym wyszarpnął je z powrotem. Kiedy jego ręka wynurzyła się nad powierzchnię, można było odnieść wrażenie, że wtopiła się w powierzchnię drugiej, podobnej ręki, tym razem należącej do kobiety. Srebrzysty mężczyzna wydobył identycznie srebrzystą partnerkę z kipiącego kotła i przeniósł ją w odległe o kilkadziesiąt metrów miejsce, gdzie trawa nie płonęła, a skały były dostatecznie twarde, by utrzymać ciężar obojga. Drugi mężczyzna i kobieta z plecakiem dołączyli do nich.
Rtęciowy mężczyzna wrócił do swej normalnej postaci. Chwilę później kobieta, którą przeniósł na rękach, zrobiła to samo. Wyglądała na siostrę bliźniaczkę krótkowłosej dziewczyny w kombinezonie.
Kiedyś nazywała się Rhadamanth Nemes.
– Gdzie jest to przeklęte dziecko? – zapytała.
– Wymknęło się nam – odparł mężczyzna, który wyciągnął ją ze skały. – Dotarli do ostatniego transmitera.
Rhadamanth Nemes skrzywiła się nieznacznie. Zaczęła wyłamywać palce i przeciągać się, jakby dokuczały jej skurcze.
– Przynajmniej zabiłam tego cholernego androida – stwierdziła.
– Nie – zaprzeczyła druga kobieta, która nie miała imienia. – Uciekli lądownikiem. Android stracił rękę, ale autochirurg utrzymał go przy życiu.
Nemes kiwnęła głową i odwróciła się w stronę skał, wśród których wciąż przelewała się lawa. Dostrzegła połyskujące w blasku ognia monowłókna przeciągnięte nad rzeką. Za jej plecami płonął las.
– Nie było to… przyjemne… Nie mogłam się ruszyć z miejsca, kiedy statek skierował na mnie pełną moc lancy, a kiedy otoczyła mnie skała, nie mogłam zrobić przeskoku. Musiałabym się bardzo skoncentrować, żeby obniżyć poziom zasilania, a przy tym utrzymać aktywny interfejs przejścia fazowego. Jak długo byłam tam pogrzebana?
– Cztery ziemskie lata – odpowiedział mężczyzna, który do tej pory zachowywał milczenie.
Rhadamanth Nemes uniosła wąskie brwi, bardziej z niedowierzania niż z zaskoczenia.
– A jednak Centrum wiedziało, gdzie jestem…
– Wiedziało – przytaknęła druga z kobiet. Jej twarz i mimika niczym nie różniły się od oblicza Nemes. – Wiedziało również, że je zawiodłaś.
Nemes uśmiechnęła się leciutko.
– Czyli te cztery lata to była kara.
– Napomnienie – poprawił ją mężczyzna, który wyciągnął ją z lawy.
Nemes zrobiła dwa kroki, jakby sprawdzając, czy umie zachować równowagę.
– Dlaczego w takim razie po mnie przylecieliście? – spytała wypranym z emocji głosem.
– Chodzi o dziewczynkę – wyjaśniła kobieta. – Wraca. Mamy podjąć twoją misję.
Nemes kiwnęła głową.
Jej wybawiciel położył rękę na jej ramieniu.
– Chciałbym zwrócić ci uwagę, że cztery lata uwięzienia w żarze i kamieniu są niczym w porównaniu z tym, czego możesz się spodziewać, jeżeli znów zawiedziesz pokładane w tobie nadzieje.
Nemes spojrzała na niego przeciągle, ale się nie odezwała. Jak na dany sygnał cała czwórka jednocześnie, precyzyjnym, oszczędnym ruchem odwróciła się plecami do płynącej lawy i szalejącego pożaru i idealnie równym krokiem ruszyła do lądownika.
***
Na pustynnej planecie MadredeDios, na wysokim płaskowyżu Llano Estacado, który zawdzięczał swoją nazwę pylonom stacji uzdatniania atmosfery znaczącym jego powierzchnię w równych, dziesięciokilometrowych odstępach, ojciec Federico de Soya przygotowywał się do porannej mszy.
Mała mieścina Nuevo Atlan liczyła niespełna trzystu mieszkańców, głównie górników Paksu, wydobywających nieopodal boksyty i czekających na śmierć przed powrotem do domu. Oprócz nich w Nuevo Atlan mieszkała garstka nawróconych maryjników, pędzących nędzny żywot pasterzy korgorów na skażonych pustkowiach. De Soya dokładnie wiedział, ilu wiernych należy się spodziewać na rannej mszy – czworga: wiekowej M. Sanchez, wdowy, która ponoć zamordowała męża podczas burzy przed sześćdziesięciu dwoma laty, bliźniaków Perell, którzy z niewiadomych przyczyn woleli stary, popadający w ruinę kościół od idealnie schludnej i klimatyzowanej kaplicy firmowej na terenie kopalni, oraz tajemniczego starca z twarzą pokrytą bliznami od poparzeń radiacyjnych, który klęczał w ostatniej ławce i nigdy nie przyjmował komunii świętej.
Na dworze szalała burza piaskowa – jak zawsze – i de Soya musiał przebiec ostatnie trzydzieści metrów, dzielące zbudowaną z suszonych na słońcu cegieł plebanię od zakrystii. Głowę i ramiona skrył pod przezroczystym plastowłókninowym kapturem, chroniąc w ten sposób sutannę i biret, a brewiarz wetknął głęboko do kieszeni, nie chcąc, żeby się zapiaszczył. Na próżno jednak: co wieczór, gdy zdejmował sutannę i wieszał biret na kołku, piasek sypał się czerwoną kaskadą na podłogę, niczym wyschnięta na proszek krew z rozbitej klepsydry. Każdego ranka otwierając brewiarz czuł zgrzytające między stronicami ziarenka i brudził sobie nimi palce.
– Dzień dobry, ojcze – powiedział Pablo, kiedy ksiądz wpadł do zakrystii i wcisnął sparciałe uszczelki w szpary wokół drzwi.
– Dzień dobry, Pablo, mój najwierniejszy ministrancie – odpowiedział de Soya.
Mój jedyny ministrancie, poprawił się natychmiast w myślach. Pablo, prosty chłopak – prosty w pradawnym tego słowa znaczeniu: nie tylko niezbyt bystry, ale i uczciwy, szczery, lojalny i przyjacielski – służył de Soyi do mszy w każdy dzień powszedni o szóstej trzydzieści rano, a w każdą niedzielę dwukrotnie. Zresztą w niedzielny ranek i tak przychodziły zawsze te same cztery osoby, a na późniejszą mszę dosłownie kilku górników więcej.
Chłopiec skinął głową i wyszczerzył zęby. Tylko na moment, gdy wciągał przez głowę czystą, wykrochmaloną komżę, jego uśmiech zniknął z oczu księdza.
Ojciec de Soya przeszedł obok Pabla, mierzwiąc mu ciemną czuprynę, i otworzył wysoką skrzynię z ubraniami. Kiedy tumany piasku zakryły wschodzące słońce, dzień upodobnił się do nocy. Jedyne oświetlenie zimnej, pustej zakrystii stanowiła pojedyncza, migocząca lampa. De Soya przykląkł na jedno kolano, zmówił krótki, żarliwy pacierz i zaczął wkładać księże szaty.
Przez dwadzieścia lat Francisco de Soya, ojciec kapitan we flocie Paksu, dowódca takich okrętów jak Baltazar, nosił mundur, w którym tylko krzyż i koloratka zdradzały jego przynależność do stanu kapłańskiego. Nieraz przywdziewał plastokevlarowy pancerz, skafander próżniowy, komunikatory taktyczne, gogle do obserwacji infopłaszczyzny, boże rękawice – wszystkie atrybuty kapitana niszczyciela – ale żaden z tych rekwizytów nie poruszał go do głębi tak jak prosty ubiór proboszcza. Na przestrzeni ostatnich czterech lat, odkąd go zdegradowano i usunięto ze służby, ojciec kapitan de Soya na nowo odkrył swoje pierwotne powołanie.
Najpierw włożył biały humerał, a następnie podobnie bieluteńką albę, miękko spływającą aż do kostek i nieskalaną mimo nieustających burz piaskowych. Przewiązał się pasem, szepcząc pod nosem modlitwę. Zdjął ze skrzyni białą stułę, przez moment trzymał ją ze czcią w dłoniach, a potem założył na kark, krzyżując z przodu jedwabne końce. Za jego plecami Pablo krzątał się po maleńkim pokoiku, zrzucając brudne trzewiki i wdziewając w pośpiechu tanie buty z plastowłókniny, które matka przykazała mu trzymać w zakrystii specjalnie do mszy.
Ojciec de Soya włożył jeszcze ornat z wyszywanym krzyżem w kształcie litery T, biały z fioletową lamówką. Zamierzał odprawić mszę, a przy okazji udzielić rozgrzeszenia wdowie i domniemanej morderczyni z pierwszej ławki oraz poparzonemu nieznajomemu z tylnego rzędu.
Pablo wpadł na niego i omal go nie przewrócił; dyszał ciężko i uśmiechał się od ucha do ucha. Ojciec de Soya położył mu rękę na głowie, usiłując przygładzić rozwiane kędziory i uspokoić chłopca. Podniósł liturgiczny kielich, zdjął dłoń z włosów Pabla i przeniósł ją nad przykryte naczynie.
– W porządku – powiedział cicho.
Uśmiech zniknął z twarzy chłopca, gdy ten zrozumiał powagę chwili i poprowadził dwuosobową procesję z zakrystii do ołtarza.
De Soya od razu zauważył, że w świątyni znajduje się pięć osób, nie cztery. Wszyscy oczekiwani wierni byli na swoich miejscach i w odpowiednich momentach klękali, wstawali i znów klękali, ale w najgłębszym cieniu, gdzie do nawy prowadziło wąskie boczne przejście, stał jeszcze jeden, wysoki i milczący człowiek.
Podczas mszy świadomość jego obecności nie dawała spokoju de Soyi, ale ksiądz ze wszystkich sił starał się skoncentrować tylko na najświętszej tajemnicy przemienienia, której część stanowił.
– Dominus vobiscum – powiedział głośno.
Od ponad trzech tysięcy lat Pan rzeczywiście jest z nami… z nami wszystkimi, pomyślał.
– Et cum spiritu tuo – dokończył, a kiedy Pablo powtarzał jego słowa, de Soya zerknął, czy jakiś zbłąkany promień światła nie padł na kryjącą się w cieniu smukłą sylwetkę. Nic z tego.
Podczas pierwszej modlitwy eucharystycznej zapomniał o tajemniczej postaci i skupił się na trzymanej w zgrubiałych dłoniach hostii.
– Hoc est enim corpus meum – powiedział wyraźnie, czując moc słów i modląc się po raz dziesięciotysięczny, by krew i miłosierdzie Zbawiciela zmyły grzechy, które popełnił jako kapitan floty.
Do komunii przystąpili tylko Perellowie. Jak zawsze. De Soya wypowiedział odpowiednie słowa i podał im hostię. Powstrzymał się od spojrzenia w cień, na intruza.
Msza dobiegła końca w niemal całkowitej ciemności. Zawodzenie wichru zagłuszyło ostatnie modlitwy. W kościółku nigdy nie zainstalowano elektryczności, a chyboczące się świece w ściennym świeczniku nie rozpraszały mroku. Ojciec de Soya pobłogosławił wiernych i odniósł kielich do równie mrocznej zakrystii. Odłożył go na znajdujący się tu mały ołtarzyk. Tuż za nim do pokoju wpadł Pablo, który prędko zrzucił komżę i wciągnął burzową kurtkę.
– Do jutra, ojcze!
– Tak, dziękuję ci, Pablo. Nie zapomnij…
Za późno: chłopiec wybiegł już i popędził do młyna, w którym pracował z ojcem i wujami. Czerwony pył wirował w powietrzu wokół nieszczelnych drzwi.
Każdego innego dnia de Soya zacząłby się rozbierać z szat i składać je starannie w skrzyni, by później zabrać je na plebanię i wyprać. Tym razem jednak nie zdjął tuniki, stuły, komży ani pasa. Nie wiedzieć czemu miał wrażenie, że będą mu potrzebne, tak samo jak podczas akcji abordażowych w Worku Węglowym nie mógł się obejść bez plastokevlarowej zbroi.
Wysoki nieznajomy stanął w drzwiach zakrystii z twarzą wciąż ukrytą w cieniu. Ojciec de Soya czekał i przyglądał mu się, walcząc z chęcią przeżegnania się albo zasłonięcia ostatnim opłatkiem hostii, jakby obcy miał się okazać diabłem albo wampirem. Wycie wichru przeszło w ogłuszający, żałobny lament.
Przybysz zrobił krok naprzód i stanął w kręgu rubinowego blasku, rozsiewanego przez jedyną lampę. De Soya rozpoznał kapitan Marget Wu, osobistą adiutantkę i oficera łącznikowego admirała Marusyna, dowódcy floty Paksu. Drugi raz tego ranka musiał poprawić się w myślach: admirał Marget Wu, na co wskazywały dystynkcje na kołnierzu munduru, ledwie widoczne w słabym świetle.
– Ojciec kapitan de Soya? – zapytała admirał Wu.
Jezuita powoli pokręcił głową. Była dopiero siódma trzydzieści rano, dzień na MadredeDios trwał dwadzieścia trzy godziny, a on już czuł się zmęczony.
– Po prostu ksiądz de Soya – odparł.
– Ojcze kapitanie de Soya – powiedziała Marget Wu, tym razem bez cienia wahania w głosie. – Niniejszym zostaje pan przywrócony do służby ze skutkiem natychmiastowym. Ma pan dziesięć minut na zebranie rzeczy osobistych. Uda się pan ze mną.
Federico de Soya westchnął i zamknął oczy. Chciało mu się płakać.
Panie, oszczędź mi tego kielicha goryczy.
Kiedy otworzył oczy, ujrzał stojący na ołtarzu kielich i czekającą admirał Wu.
– Tak jest – odpowiedział cicho i zaczął powoli, ostrożnie zdejmować liturgiczny strój.
***
Trzy dni po śmierci papieża Juliusza XIV i złożeniu jego zwłok w kaplicy komora zmartwychwstańcza ożyła: wąskie przewody i delikatne sondy cofnęły się i zniknęły bez śladu. Spoczywające na kamiennej płycie ciało jeszcze przez chwilę leżało bez ruchu, jeśli nie liczyć unoszącej się i opadającej w oddechu piersi, po czym wyraźnie drgnęło. Z ust dobył się jęk, po kilku długich minutach wskrzeszony mężczyzna oparł się na łokciu, aż wreszcie usiadł. Był nagi poza owiniętym wokół talii, bogato wyszywanym, jedwabnym całunem.
Upływały kolejne minuty, a on siedział na skraju marmurowego bloku, z twarzą ukrytą w dłoniach. Podniósł wzrok dopiero wówczas, gdy z ledwie słyszalnym sykiem fragment ściany odsunął się na bok i odsłonił wejście do sekretnego korytarza. W słabym świetle zamajaczyła postać kardynała w ceremonialnych szatach, poruszającego się z szelestem jedwabi i grzechotem różańca. Towarzyszył mu wysoki, przystojny mężczyzna o siwych włosach i szarych oczach, odziany w prosty, choć elegancki popielaty garnitur. Trzy kroki za nimi do kaplicy wkroczyli dwaj żołnierze z Gwardii Szwajcarskiej w pochodzących jeszcze ze średniowiecza, pomarańczowo-czarnych mundurach. Nie mieli broni.
Nagi człowiek zamrugał, jakby jego oczy raziło nawet stłumione światło w kaplicy. W końcu skupił wzrok na przybyszu.
– Lourdusamy – powiedział.
– Ojciec Duré – odparł kardynał.
Stanął tuż obok, trzymając w dłoniach olbrzymi srebrny kielich.
Mężczyzna poruszył językiem i przełknął ślinę, jakby obudził się z niesmakiem w ustach. Nie był młody; miał pociągłą, ascetyczną twarz i smutne oczy, a jego odrodzone ciało znaczyły stare blizny. Na jego piersi czerwieniły się dwa nabrzmiałe krzyżokształty.
– Który mamy rok? – zapytał wreszcie.
– Rok Pański trzy tysiące sto trzydziesty pierwszy – odpowiedział Lourdusamy.
Paul Duré zamknął oczy.
– Pięćdziesiąt siedem lat od mojego ostatniego wskrzeszenia – stwierdził. – Dwieście siedemdziesiąt jeden lat od czasu, gdy przestały działać transmitery. – Otworzył oczy i spojrzał na kardynała. – Dwieście siedemdziesiąt lat odkąd mnie otrułeś; odkąd zabiłeś papieża Teliharda Pierwszego.
W komnacie zadudnił basowy śmiech Lourdusamy’ego.
– Szybko dochodzisz do siebie po zmartwychwstaniu, skoro rachunki tak świetnie ci idą.
Ojciec Duré przeniósł spojrzenie na mężczyznę w szarym stroju.
– Albedo. Przyszedłeś popatrzeć? Czy raczej dodać odwagi swojemu oswojonemu Judaszowi?
Wysoki mężczyzna nie odpowiedział. Wąskie usta kardynała zacisnęły się w jeszcze węższą kreskę, która prawie zniknęła na poczerwieniałej twarzy.
– Czy masz jeszcze coś do powiedzenia, zanim wrócisz do piekła, antypapieżu?
– Tobie nie – mruknął ojciec Duré. Zamknął oczy i zaczął się modlić.
Nie stawiał oporu, gdy Szwajcarzy złapali go pod ręce. Jeden z żołnierzy położył mu dłoń na czole i odchylił głowę do tyłu. Szczupła szyja jezuity wygięła się w łuk.
Kardynał postąpił pół kroku do przodu. W jego ręce błysnął wydobyty z obszernego jedwabnego rękawa nóż z kościaną rękojeścią. Żołnierze przytrzymywali nieruchomego Duré, którego jabłko Adama wyraźnie się odznaczało na obnażonym gardle. Lourdusamy poruszył ręką w niedbałym, płynnym geście i z przeciętej tętnicy jezuity trysnęła fontanna krwi.
Kardynał odsunął się, by szkarłat nie pobrudził jego biskupich szat, schował ostrze do rękawa i podniósł do rany szeroki, srebrny kielich, który szybko zaczął się wypełniać krwią. Kiedy naczynie napełniło się niemal po brzegi, a krwotok ustał, Lourdusamy skinieniem głowy dał znak żołnierzowi, który natychmiast puścił głowę ojca Duré.
Zmartwychwstały człowiek na powrót stał się trupem: głowa opadła mu bezwładnie, oczy wciąż miał zamknięte, a poderżnięte gardło przywodziło na myśl wymalowany na szyi makabryczny, postrzępiony uśmiech. Szwajcarzy ułożyli ciało na marmurowej płycie i zdjęli spowijającą je przepaskę. Nagi, martwy mężczyzna wyglądał słabo i bezbronnie – rozszarpana krtań, pobliźniona klatka piersiowa, długie, białe palce, blady brzuch, sflaczałe genitalia, wychudzone nogi. Nawet w epoce powszechnych wskrzeszeń śmierć potrafiła pozbawić wszelkiej godności także tych, którzy wiedli przykładny, spokojny żywot.
Gwardziści przytrzymali całun, podczas gdy Lourdusamy wylał zawartość ciężkiego kielicha najpierw na oczy zabitego, później w jego otwarte usta i ziejącą ranę od noża; obmył krwią jego pierś, brzuch i krocze. Intensywnością barwy przewyższała nawet uroczysty strój kardynała.
– Sie aber seid nicht felischlich, sondern geistlich – powiedział Lourdusamy. – Nie z ciała stworzon jesteś, lecz z ducha.
– To z Bacha, prawda? – Wysoki mężczyzna uniósł brwi.
– Oczywiście. – Kardynał odstawił pusty kielich na płytę obok zwłok i skinął na Szwajcarów, którzy okryli ciało podwójnym całunem. Krew natychmiast przesiąkła przez cudny materiał. – Jesu, meine Freunde.
– Tak też mi się wydawało – stwierdził mężczyzna w garniturze i posłał kardynałowi pytające spojrzenie.
– Tak. – Lourdusamy kiwnął głową. – Teraz.
Jego towarzysz obszedł katafalk dookoła i stanął za plecami żołnierzy, zajętych jeszcze układaniem zakrwawionego całunu. Kiedy wyprostowali się i odsunęli od marmurowego bloku, mężczyzna w szarym stroju uniósł ręce na wysokość ich głów i położył im dłonie na ­karkach. Gwardziści zdążyli tylko otworzyć w zdumieniu usta i wytrzeszczyć oczy, ale nie mieli czasu krzyknąć: w tej samej chwili z ich oczu i ust trysnęły snopy białego ognia, a spod nagle przezroczystej skóry wyjrzały trawiące ciało pomarańczowe płomienie. Mężczyźni spłonęli i wyparowali w ułamku sekundy, zamieniając się w garść pyłu.
Mężczyzna w garniturze zatarł dłonie, żeby pozbyć się z nich warstewki mikropopiołu.
– Co za szkoda, radco Albedo – mruknął basowo Lourdusamy.
Jego towarzysz spojrzał na unoszący się w powietrzu pył, po czym wrócił wzrokiem do kardynała. Ponownie uniósł pytająco brwi.
– Nie, nie, nie o to mi chodzi. Miałem na myśli całun. Plamy nie chcą schodzić, więc po każdym wskrzeszeniu musimy tkać nowy. – Lourdusamy odwrócił się i skierował do ukrytego przejścia w ścianie. – Chodźmy, Albedo. Musimy porozmawiać, a ja mam jeszcze odprawić przed południem dziękczynną mszę.
Kiedy za oboma gośćmi zasunęły się drzwi w ścianie, w komorze zmartwychwstańczej zapanowała cisza. Tylko owinięte całunem ciało i wirujące w powietrzu drobinki popielatego pyłu, podobne raczej do rzednącej mgły, przywodziły na myśl dusze niedawno zmarłych ludzi.

Kategorie: Nowinki
Otagowane: , , , , ,

Nigdziebądź – fragment powieści

czerwiec 17, 2009 · Dodaj komentarz

Polecamy

Rozdział 1

Uciekała już od czterech dni, rozpaczliwie umykając w głąb chaotycznych korytarzy i tuneli. Była głodna i wyczerpana. Z coraz większym trudem otwierała każde kolejne drzwi.
Teraz znalazła sobie kryjówkę: małą kamienną norę pod światem. Była tu bezpieczna; taką przynajmniej miała nadzieję. W końcu zasnęła.
***
Pan Croup wynajął Rossa na ostatnim Ruchomym Targu, który urządzono w opactwie Westminster.
– Myśl o nim jak o kanarku – rzekł do pana Vandemara.
– Śpiewa? – spytał pan Vandemar.
– Wątpię. Naprawdę szczerze wątpię. Nie, mój miły przyjacielu, mówiłem w przenośni. Chodziło mi o ptaki, które zabiera się do kopalni.
Vandemar skinął głową.
Pan Ross zupełnie nie przypominał kanarka: był rosły – niemal tak rosły jak pan Vandemar – i brudny. Mało mówił, choć nie omieszkał wspomnieć, że lubi zabijać i że jest w tym dobry. Słowa te bardzo rozbawiły pana Croupa i pana Vandemara, tak jak Dżyngis-chana mogłyby rozbawić popisy młodego Mongoła, który niedawno splądrował swą pierwszą wieś albo spalił jurtę. Ross był kanarkiem, nawet o tym nie wiedząc. Toteż szedł pierwszy w poplamionej koszulce i sztywnych od brudu dżinsach, a Croup i Vandemar maszerowali za nim, ubrani w eleganckie czarne garnitury.
Szmer w ciemności. W dłoni pana Vandemara błysnął nóż. A potem nie tkwił już w jego ręce, lecz kołysał się lekko dziesięć metrów dalej.
Pan Vandemar podszedł i podniósł nóż. Na ostrzu tkwił szczur; zamykał i otwierał bezradnie pyszczek, gdy umykało z niego życie. Pan Vandemar dwoma palcami zmiażdżył mu czaszkę.
– Oto gryzoń, który nikogo już nie ugryzie – rzekł pan Croup. Zaśmiał się z własnego dowcipu.
Pan Vandemar milczał.
– Szczur. Gryzoń. Rozumiesz?
Pan Vandemar zsunął truchło z ostrza i zaczął z namysłem ruszać szczękami.
Pan Croup wytrącił mu martwego szczura z ręki.
– Przestań – rzekł.
Jego towarzysz z nadąsaną miną schował nóż.
– Uśmiechnij się – syknął zachęcająco pan Croup. – Będzie jeszcze wiele szczurów. A teraz ruszajmy. Tyle rzeczy do zrobienia. Tylu ludzi do zniszczenia.
***
Trzy lata w Londynie nie odmieniły Richarda, choć zmieniły sposób, w jaki postrzegał to miasto.
Gdy przybył tu po raz pierwszy, uznał, że Londyn jest dziwny, olbrzymi, całkowicie niezrozumiały. Tylko mapa metra nadawała mu choćby pozór porządku.
Stopniowo zaczął pojmować, że mapa ta stanowi jedynie podręczną fikcję, która ułatwia życie, lecz w żaden sposób nie odpowiada rzeczywistości; zupełnie jak członkostwo w partii politycznej, pomyślał kiedyś z dumą. Potem jednak, gdy spróbował wyjaśnić podobieństwo łączące mapę metra i partię grupie oszołomionych nieznajomych na przyjęciu, zdecydował, że w przyszłości będzie się trzymał z dala od polityki.
Z czasem odkrył, że coraz bardziej przyjmuje Londyn za coś oczywistego. Wkrótce zaczął się szczycić tym, że nie odwiedził żadnej atrakcji turystycznej (poza londyńską Tower; jego ciotka Maude przyjechała do miasta na weekend i Richard niechętnie towarzyszył jej w zwiedzaniu).
Jessica zmieniła to wszystko. Nagle, miast rozsądnie spędzać weekendy, zaczął bywać z nią w miejscach takich jak Galeria Narodowa i Tate, gdzie przekonał się na własnej skórze, że od zbyt długich wędrówek po galeriach okropnie bolą nogi, po jakimś czasie wielkie dzieła sztuki całego świata zlewają się w jedno, a żaden normalny człowiek nie zdoła uwierzyć, ile bezczelne kafejki muzealne potrafią policzyć sobie za ciastko i filiżankę herbaty.
– Oto twoja herbata i eklerka – rzekł. – Taniej byłoby kupić jednego Tintoretto.
– Nie przesadzaj – odparła radośnie Jessica. – A zresztą, w Tate nie ma żadnych Tintorettów.
– Trzeba było zjeść jeszcze ciasto z wiśniami – mruknął Richard. – Wtedy mogliby sobie pozwolić na kolejnego van Gogha.
– Nie – poprawiła go Jessica. – Nie mogliby.
Richard spotkał Jessicę dwa lata wcześniej we Francji podczas weekendowego wypadu do Paryża. Natknął się na nią w Luwrze, gdy próbował odszukać grupkę przyjaciół, którzy zorganizowali wycieczkę. Cofając się, wpadł na Jessicę, podziwiającą właśnie niezwykle wielki i historyczny brylant. Próbował przepraszać ją po francusku, poddał się, przeszedł na angielski, a potem usiłował przeprosić po francusku za to, że przeprasza po angielsku, wówczas jednak zorientował się, że Jessica jest tak angielska, jak tylko być można. W ramach rekompensaty kupił jej kosztowną francuską kanapkę i strasznie drogi musujący sok jabłkowy. I tak się to zaczęło.
Potem już nigdy nie zdołał przekonać Jessiki, że nie jest typem człowieka, który odwiedza galerie.
Richard czuł nabożny podziw wobec Jessiki, która była piękna, często nawet dowcipna i z pewnością czekała ją wielka przyszłość. Jessica natomiast dostrzegła w nim ogromny potencjał, który, właściwie pokierowany przez odpowiednią kobietę, uczyni z niego idealnego kandydata na męża.
Gdyby tylko nieco bardziej skoncentrował się na ważnych sprawach, mruczała do siebie i kupowała mu książki, takie jak: „Ubiór znaczy sukces” oraz „125 nawyków, które wiodą na szczyt”, książki uczące, jak kierować biznesem niczym kampanią wojskową. Richard zawsze jej dziękował i zawsze zamierzał kiedyś je przeczytać. Kupowała mu też ubrania, które uważała za odpowiednie – i nosił je posłusznie. A kiedyś, gdy uznała, że nadszedł czas, oznajmiła, iż powinni kupić pierścionek zaręczynowy.
– Czemu się z nią spotykasz? – spytał osiemnaście miesięcy później Garry z działu projektów. – Jest przerażająca.
Richard potrząsnął głową.
– Kiedy ją bliżej poznać, okazuje się urocza.
Garry odstawił na miejsce jednego z trolli z biurka Richarda.
– Dziwię się, że pozwala ci się nimi bawić.
– Nigdy nie poruszała tego tematu.
W istocie poruszała go, i to nieraz. Jednakże zdołała przekonać samą siebie, że zbiór trolli Richarda to oznaka pewnej uroczej ekscentryczności, porównywalna do kolekcji aniołów pana Stocktona. Właśnie organizowała wystawę aniołów pana Stocktona i doszła do wniosku, że wielcy ludzie zawsze coś zbierają. Tak naprawdę Richard nie kolekcjonował trolli. Zamiast tego, usiłując na próżno nadać nieco osobisty ton swemu miejscu pracy, rozmieścił w strategicznych miejscach plastikowe figurki. Ustawił też na biurku zdjęcie Jessiki. Dziś tkwiła na nim przylepiona żółta kartka.
Było to piątkowe popołudnie. Richard zauważył kiedyś, że wydarzenia to tchórze. Nie lubią występować pojedynczo, lecz zbierają się w stada i atakują wszystkie naraz.
Weźmy choćby ten szczególny piątek.
Był to, jak podkreśliła Jessica co najmniej dziesięć razy w ciągu ostatniego miesiąca, najważniejszy dzień jego życia. Oczywiście, nie najważniejszy dzień jej życia. Ten nadejdzie dopiero w przyszłości, gdy – Richard nie wątpił w to ani przez chwilę – ludzie obwołają ją premierem, królową czy nawet Bogiem. Lecz bez wątpienia w jego życiu był to dzień najważniejszy. Szkoda zatem, że mimo karteczki, którą Richard przy­kleił sobie na lodówce, i drugiej, zostawionej na zdjęciu Jessiki w biurze, zapomniał o nim całkowicie i na śmierć.
Był jeszcze raport Wandswortha, spóźniony i zaprzątający go prawie bez reszty. Richard sprawdził kolejny rząd liczb. Nagle zauważył, że strona siedemnasta zniknęła, i przygotował się do kolejnego wydruku. Po następnej stronie wiedział już, że gdyby tylko dano mu spokój… gdyby jakimś cudem telefon nie zadzwonił…
Zadzwonił. Richard pstryknięciem włączył głośnik.
– Halo? Richard? Dyrektor chce wiedzieć, kiedy dostanie raport.
Richard zerknął na zegarek.
– Za pięć minut, Sylvio. Jest już prawie gotowy. Muszę tylko dołączyć prognozę zysków i strat.
– Dzięki, Dick. Zaraz po niego przyjdę.
Sylvia, jak sama lubiła mówić, była osobistą asystentką dyrektora. Otaczała ją aura bezlitosnej sprawności.
Richard wyłączył głośnik. Telefon natychmiast zadzwonił ponownie.
– Richardzie – przemówił głosem Jessiki. – Tu Jessica. Nie zapomniałeś, prawda?
– Zapomniałem? – Próbował przypomnieć sobie, o czym mógł zapomnieć. Spojrzał na zdjęcie Jessiki w poszukiwaniu natchnienia i znalazł je w aż nadto wyraźnej postaci małej żółtej karteczki przylepionej do jej czoła.
– Richardzie, podnieś słuchawkę.
Posłuchał, jednocześnie czytając notatkę.
– Przepraszam, Jess. Nie zapomniałem. Siódma wieczór w Ma Maison Italiano. Spotkamy się na miejscu?
– Jessica, Richard, nie Jess. – Na moment urwała. – Po ostatnim razie, raczej nie. Potrafiłbyś zabłądzić nawet we własnym ogródku.
Richard miał właśnie zauważyć, że każdemu mogłaby pomylić się Galeria Narodowa z Narodową Galerią Portretu, i że to nie ona spędziła cały dzień stojąc na deszczu (co zresztą w jego opinii było równie zabawne jak nieskończone wędrówki po obu galeriach), zmienił jednak zdanie.
– Przyjdę do ciebie – oznajmiła Jessica. – Pójdziemy tam razem.
– Dobrze, Jess… przepraszam, Jessico.
– Potwierdziłeś naszą rezerwację, prawda, Richardzie?
– Tak – skłamał nader przekonująco. Drugi telefon na jego biurku rozdzwonił się przeraźliwie. – Jessico, posłuchaj, muszę…
– To dobrze – odparła Jessica i przerwała połączenie.
Największą sumę pieniędzy, jaką Richard wydał w życiu, przeznaczył na pierścionek zaręczynowy dla Jessiki osiemnaście miesięcy wcześniej.
Odebrał drugi telefon.
– Cześć, Dick – rzekł Garry. – To ja, Garry.
Garry siedział kilka biurek dalej. Pomachał do Richarda znad lśniącego, wolnego od trolli blatu.
– Wciąż jesteśmy umówieni na drinka? Mówiłeś, że obgadamy projekt Mersthama.
– Rozłącz się, do cholery. Jasne, że jesteśmy.
Richard odłożył słuchawkę. Na dole karteczki dostrzegł numer telefonu. Napisał ją sam kilka tygodni wcześniej. I zrobił tę rezerwację. Był tego niemal pewien. Ale jej nie potwierdził. Zamierzał, lecz ciągle miał coś na głowie, a wiedział, że zostało mnóstwo czasu. Wydarzenia atakują stadnie…
Sylvia stała obok niego.
– Dick? Raport Wandswortha?
– Już prawie gotów, Sylvio. Zaczekaj momencik, dobrze?
Skończył wystukiwać numer. Westchnął z ulgą, gdy ktoś odpowiedział.
– Ma Maison. Czym mogę służyć?
– Tylko jednym – odparł Richard. – Stolikiem dla trzech osób na dziś wieczór. Chyba go zamówiłem. Jeśli tak, potwierdzam rezerwację. Jeśli nie, chciałbym go zamówić. Proszę.
Nie. Nie mieli ani śladu rezerwacji na nazwisko Mayhew. Ani Stockton. Ani Bartram – nazwisko Jessiki. A co do zamówienia stolika…
Najgorsze nie były same słowa, lecz ton, jakim przekazano mu informację. Stolik na dziś wieczór powinien był zostać zarezerwowany wiele lat wcześniej, może nawet przez rodziców Richarda. Stolik na dziś wieczór był po prostu niemożliwy. Gdyby nagle w drzwiach zjawił się papież, premier albo prezydent Francji i nie miał potwierdzonej rezerwacji, wylądowałby na ulicy.
– Ale tu chodzi o szefa mojej narzeczonej. Wiem, że powinienem był zadzwonić wcześniej. Jest nas tylko troje, czy nie można by…
Jego rozmówca odwiesił słuchawkę.
– Richard – wtrąciła Sylvia. – Dyrektor czeka.
– Jak sądzisz – spytał Richard – czy daliby mi stolik, gdybym zadzwonił i zaproponował im dodatkowe pieniądze?
***
W jej śnie byli wszyscy razem, w domu. Jej rodzice, brat, siostra. Stali w sali balowej. Wszyscy tacy bladzi, tacy poważni. Porcja, matka, dotknęła jej policzka i powiedziała, że jest w niebezpieczeństwie. W swym śnie Drzwi zaśmiała się i odparła, że wie. Matka potrząsnęła głową. Nie, nie. Była w niebezpieczeństwie teraz. W tej chwili.
Otwarła oczy. Drzwi uchylały się powoli, cichutko. Wstrzymała oddech.
Ciche kroki na kamieniu.
Może mnie nie zauważy, może sobie pójdzie, pomyślała. A potem, z rozpaczą: Jestem głodna.
Kroki umilkły. Wiedziała, że jest dobrze ukryta pod stosem szmat i starych gazet. Może intruz nie ma złych zamiarów, myślała. Czyż nie słyszy bicia mego serca? A potem kroki zbliżyły się i wiedziała, co musi zrobić. Przerażało ją to.
Czyjaś ręka odgarnęła pokrywające ją śmieci i Drzwi spojrzała wprost w tępą twarz, która zmarszczyła się w złowieszczym uśmiechu. Przekręciła się i szarpnęła gwałtownie. Nóż wycelowany w pierś trafił ją w ramię.
Do tej chwili nie przypuszczała, że zdołałaby to zrobić. Nie sądziła, że miałaby dość odwagi, była dość przerażona, zdesperowana, by się ośmielić. Teraz jednak wyciągnęła rękę ku jego piersi i otworzyła…
Poczuła coś ciepłego, mokrego i śliskiego. Skuliła się i wygramoliła spod mężczyzny, po czym potykając się wypadła z pomieszczenia.
Zatrzymała się dopiero w tunelu, niskim i wąskim. Oparta o ścianę szlochała, chwytając oddech.
Zużyła resztkę sił. Nie zostało jej nic. Czuła narastający ból w ramieniu. Nóż! – pomyślała. Ale była bezpieczna.
– No, no – usłyszała głos dobiegający z ciemności po jej prawej stronie. – Przeżyła spotkanie z panem Rossem. A niech mnie, panie Vandemar. – Ton głosu był równie śliski, jak brązowy śluz pod palcami.
– A niech i mnie, panie Croup – odparł beznamiętny głos po lewej stronie.
W ciemności zapłonęło migotliwe światełko.
– Mimo to – oczy pana Croupa błyszczały w mroku pod ziemią – spotkania z nami nie przeżyje.
Drzwi rąbnęła go mocno kolanem w krocze. Poczuła, jak coś ustępuje pod kolanem, i zaczęła biec, zaciskając prawą dłoń na ramieniu.
Uciekła.
***
– Dick?
Richard machnięciem ręki odgonił intruza. Znów kierował swoim życiem. Jeszcze tylko chwila…
Garry powtórzył jego imię:
– Dick? Jest wpół do siódmej.
– Co?
Papiery, długopisy, arkusze kalkulacyjne i trolle wylądowały w aktówce Richarda. Zatrzasnął ją i rzucił się biegiem do wyjścia, po drodze naciągając płaszcz. Garry biegł obok niego.
– To co, idziemy na drinka?
– Drinka?
– Mieliśmy wyskoczyć dzisiaj razem, obgadać projekt Mersthama, pamiętasz?
To było dzisiaj? Richard zatrzymał się na moment. Gdyby bałaganiarstwo stało się kiedykolwiek sportem olimpijskim, mógłby reprezentować w nim Anglię.
– Garry, przepraszam. Zawaliłem sprawę. Muszę dziś spotkać się Jessicą. Zabieramy jej szefa na kolację.
– Pana Stocktona? Z firmy Stockton? Tego Stocktona?
Richard przytaknął.
Zbiegali po schodach.
– Na pewno będziesz się dobrze bawił – rzekł Garry. – A co słychać u potwora z Czarnej Laguny?
– Tak naprawdę Jessica pochodzi z Ilford, Garry, i wciąż pozostaje światłem i miłością mojego życia. Dzięki, że spytałeś. – Znaleźli się w holu i Richard śmignął wprost ku automatycznym drzwiom, które widowiskowo się nie rozsunęły.
– Jest już po szóstej, panie Mayhew – przypomniał Figgis, strażnik budynku. – Musi się pan podpisać.
– Jeszcze tylko tego mi trzeba – rzekł Richard do nikogo w szczególności. – Jeszcze tylko tego.
Pan Figgis pachniał syropem od kaszlu i słynął ze swej encyklopedycznej kolekcji miękkiej pornografii. Strzegł drzwi z oddaniem graniczącym z szaleństwem, bo nigdy nie doszedł do siebie po wieczorze, kiedy z całego piętra zniknęły komputery wraz z dwiema palmami w donicach i dywanem dyrektora Axminstera.
– Czyli dziś z drinka nici?
– Przepraszam, Garry. Może być w poniedziałek?
– Jasne. W poniedziałek. Nie ma sprawy. Do zobaczenia.
Pan Figgis zbadał uważnie podpis i przekonawszy się naocznie, że Richard nie wynosi komputerów, palm w donicach ani dywanów, nacisnął przycisk pod biurkiem. Drzwi się rozsunęły.
– Drzwi – rzekł Richard.
***
Podziemny korytarz rozgałęział się i dzielił. Na oślep wybierała drogę, śmigając tunelem, biegnąc, potykając się i wymachując rękami.
Gdzieś za nią maszerowali pan Croup i pan Vandemar, spokojni i radośni, jakby zwiedzali właśnie wystawę w Pałacu Kryształowym.
Gdy dochodzili do rozstajów, pan Croup klękał, znajdował najbliższą kroplę krwi i znów ruszali jej śladem.
Byli niczym hieny, ścigające ofiarę, póki nie pada z wyczerpania. Mogli zaczekać. Mieli mnóstwo czasu.
***
Dla odmiany Richardowi dopisało szczęście. Złapał taksówkę. Szczególnie entuzjastyczny kierowca zawiózł go do domu niezwykłą trasą, biegnącą ulicami, istnienia których Richard wcześniej nie zauważył. Wyskoczył z taksówki, pozostawiając napiwek i aktówkę, zdołał jeszcze zatrzymać wóz, odzyskał walizeczkę, wbiegł po schodach i wpadł do mieszkania.
Już w korytarzu ściągnął z siebie ubranie; aktówka zawirowała w powietrzu i wylądowała na sofie. Starannie położył klucze na stoliku po to, by o nich nie zapomnieć.
Potem wpadł do sypialni.
Zadźwięczał dzwonek.
Richard, w trzech czwartych odziany już w swój najlepszy garnitur, rzucił się do domofonu.
– Richard? Tu Jessica. Mam nadzieję, że jesteś gotów.
– Ach, tak. Zaraz będę.
W biegu naciągnął płaszcz, zatrzaskując za sobą drzwi.
Jessica czekała na niego przed schodami. Taki miała zwyczaj. Nie lubiła mieszkania Richarda; czuła się w nim niezręcznie i dziwnie kobieco. Zawsze istniała szansa, że w dowolnym miejscu natknie się na sztukę męskiej bielizny, nie mówiąc już o wędrujących bryłkach zeschniętej pasty do zębów na umywalce. Nie, z całą pewnością nie było to mieszkanie w jej stylu.
Jessica była bardzo piękna, tak piękna, że Richard od czasu do czasu wpatrywał się w nią ze zdumieniem, myśląc: Jakim cudem związała się ze mną?
A kiedy się kochali – nieodmiennie w mieszkaniu Jessiki na Barbicanie, w mosiężnym łóżku Jessiki między sztywnymi, białymi, lnianymi prześcieradłami (rodzice Jessiki wychowali ją w przekonaniu, że kołdry są dekadenckie) – po akcie w ciemności obejmowała go bardzo mocno, jej długie brązowe loki opadały mu na pierś i szeptała, jak bardzo go kocha. A on odpowiadał, że także ją kocha i pragnie z nią być, i oboje wierzyli, że to prawda.
***
– Na mój honor, panie Vandemar. Ona zwalnia.
– Zwalnia, panie Croup.
– Pewnie traci mnóstwo krwi, panie V.
– Śliczniej krwi, panie C. Ślicznej, mokrej krwi.
– Już niedługo.
Szczęk: dźwięk otwieranego sprężynowego noża, pusty, mroczny i samotny.
***
– Richardzie, co robisz? – spytała Jessica.
– Nic, Jessico.
– Nie zapomniałeś chyba kluczy, prawda?
– Nie, Jessico.
Richard przestał się poklepywać i wsunął ręce głęboko w kieszenie płaszcza.
– Kiedy dziś wieczór poznasz pana Stocktona – zaczęła Jessica – powinieneś docenić, że to nie tylko bardzo ważny człowiek, ale uosobienie wielkiej korporacji.
– Nie mogę się już doczekać – westchnął Richard.
– Co mówisz, Richardzie?
– Nie mogę się już doczekać – powtórzył z entuzjazmem.
– Chodź szybciej. – Jessica zaczęła zdradzać oznaki czegoś, co u kobiety mniejszego ducha można by opisać jako zdenerwowanie. – Nie możemy się spóźnić.
– Nie, Jess.
– Nie nazywaj mnie tak, Richardzie. Nie znoszę zdrobnień. Są takie protekcjonalne.
– Może kilka groszy?
Mężczyzna siedział w drzwiach z ręcznie wypisaną kartką na piersi, oznajmującą światu, że jest głodny i bezdomny. Richard nie potrzebował żadnego znaku, by w to uwierzyć. Sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu monety.
– Richardzie, nie mamy czasu – upomniała go Jessica, która wspierała organizacje charytatywne i etycznie inwestowała pieniądze. – Chcę, żebyś wywarł dobre wrażenie jako mój narzeczony. To istotne, by przyszły małżonek wywarł dobre wrażenie. – Nagle zmarszczyła twarz w uśmiechu. Objęła go na moment. – Och, Richardzie, kocham cię. Wiesz o tym, prawda?
A Richard przytaknął. I rzeczywiście wiedział.
Jessica zerknęła na zegarek i przyspieszyła kroku.
Richard dyskretnie rzucił funtową monetę w stronę mężczyzny w drzwiach, który pochwycił ją zręcznie brudną dłonią.
– Nie miałeś problemów z rezerwacją, prawda? – spytała Jessica.
A Richard, który nie potrafił dobrze kłamać w bezpośredniej rozmowie, odparł:
– Hmm…
***
Źle wybrała. Korytarz zamykała gładka ściana. W zwykłych okolicznościach nie stanowiłoby to problemu, ale była taka zmęczona, taka głodna. Tak bardzo cierpiała…
Oddychała gwałtownie, dławiąc się i szlochając. Jej lewe ramię było zimne. Ręka zupełnie zdrętwiała.
– Na mą czarną duszę, panie Vandemar, czy widzi pan to co ja? – Głos był miękki, bliski. Musieli podejść do niej bliżej, niż przypuszczała. – Moje maleńkie oczy dostrzegają coś, co…
– Za chwilę zginie, panie Croup – dokończył głos nad jej głową.
– Nasz zleceniodawca będzie zachwycony.
A ona sięgnęła daleko w głąb swej duszy, czerpiąc z bólu, strachu, cierpienia. Była zmęczona, wypalona, całkowicie bezradna. Nie miała dokąd pójść. Brakowało jej czasu i sił.
Choćby były to ostatnie drzwi, które otworzę… – modliła się w duchu do Świątyni i Łuku. Gdzieś… gdzie będzie… bezpiecznie. A potem pomyślała: Ktoś.
I spróbowała otworzyć drzwi.
Gdy pochłonęła ją ciemność, usłyszała głos pana Croupa dobiegający z bardzo daleka.
– Do licha!
***
Jessica nie przyjęła tego dobrze.
– Naprawdę musiałeś obiecać im dodatkowe pięćdziesiąt funtów za nasz stolik? Jesteś idiotą, Richardzie.
– Zgubili moją rezerwację. I powiedzieli, że wszystkie stoły są zajęte.
– Pewnie posadzą nas koło kuchni – westchnęła. – Albo obok drzwi. Mówiłeś im, że to dla pana Stocktona?
– Tak.
Znów westchnęła.
W ścianie tuż przed nimi otwarły się drzwi. Wyszła z nich jakaś postać. Przez długą, straszliwą chwilę stała chwiejnie, a potem runęła na beton.
Richard zadrżał.
– Kiedy będziesz rozmawiał z panem Stocktonem, pamiętaj, żeby mu nie przerywać ani się z nim nie spierać. Nie lubi, gdy ktoś się z nim spiera. Jeśli zażartuje, śmiej się. Gdybyś miał wątpliwości, czy to był żart, spójrz na mnie, a ja… postukam palcem w stół.
Dotarli do człowieka na chodniku. Jessica przekroczyła go. Richard się zawahał.
– Jessico?
– Masz rację. Może uznać, że się nudzę. Kiedy zażartuje, podrapię się w ucho.
– Jessico!
– Co?
– Spójrz – wskazał chodnik. Spoczywająca tam osoba leżała twarzą do ziemi, spowita w wielowarstwowy strój.
Jessica chwyciła go pod rękę i pociągnęła ku sobie.
– Jeśli zaczniesz zwracać na nich uwagę, Richardzie, wejdą ci na głowę. Oni wszyscy mają domy. Kiedy się prześpi, z pewnością nic jej nie będzie.
Jej? Richard przyjrzał się uważnie. Rzeczywiście, to była dziewczyna.
– Uprzedziłam pana Stocktona, że… – ciągnęła Jessica. Richard przyklęknął. – Richardzie, co ty robisz?
– Nie jest pijana – rzekł – tylko ranna. – Spojrzał na swe palce. – Krwawi.
Jessica popatrzyła na niego, zdenerwowana i zaskoczona.
– Spóźnimy się – powiedziała z naciskiem.
– Jest ranna.
Jessica obejrzała się na dziewczynę na chodniku. Priorytety. Richardowi stanowczo brakowało priorytetów.
Twarz dziewczyny pokrywała warstwa brudu. Jej ubranie było mokre od krwi.
– Richardzie, spóźnimy się.
– Ona jest ranna – odparł z prostotą. Jego twarz przybrała wyraz, którego Jessica jeszcze na niej nie widziała.
– Richardzie! – rzuciła ostrzegawczo, potem jednak ustąpiła odrobinę, proponując kompromis. – Zadzwoń po karetkę. Tylko szybko.
Oczy dziewczyny otwarły się, białe i okrągłe w ciemnej od krwi i kurzu twarzy.
– Proszę, nie do szpitala. Znajdą mnie. Zabierz mnie w bezpieczne miejsce. Proszę. – Jej głos był bardzo słaby.
– Ty krwawisz – rzekł Richard. Obejrzał się, by sprawdzić, skąd przyszła. Ściana jednak była ceglana, lity mur.
– Pomóż mi – szepnęła. Powieki jej opadły.
– Kiedy zadzwonisz na pogotowie, nie podawaj nazwiska. Może musiałbyś złożyć zeznanie albo coś takiego. A nie chcę, by nasz wieczór zakończył się katastrofą… Richardzie, co ty robisz?
Richard podniósł dziewczynę. Była zaskakująco lekka.
– Zabieram ją do siebie, Jess. Nie mogę jej tu zostawić. Powiedz panu Stocktonowi, że jest mi naprawdę bardzo przykro, ale zdarzyło się coś niespodziewanego. Z pewnością to zrozumie.
– Richardzie Oliverze Mayhew – powiedziała zimno Jessica. – Natychmiast połóż tę młodą osobę i podejdź tutaj, bo jeśli nie, zrywam nasze zaręczyny. Ostrzegam!
Richard poczuł ciepłą, lepką krew przesiąkającą przez koszulę. Czasami nic się nie da zrobić.
Odszedł.
Jessica stała na chodniku patrząc, jak Richard rujnuje jej wielki wieczór. Pod powiekami zapiekły ją łzy. Po chwili zniknął jej z oczu i wtedy, dopiero wtedy zaklęła głośno i wyraźnie, i z całych sił cisnęła torebką o ziemię, dość mocno, by po betonie rozsypały się szminka, telefon komórkowy, kalendarz i kilka tamponów.
A potem, ponieważ nic innego nie mogła zrobić, pozbierała wszystko, włożyła do torebki i ruszyła do restauracji, by zaczekać na pana Stocktona.
Sącząc białe wino, próbowała obmyślić wiarygodny powód, dla którego narzeczony nie mógł jej towarzyszyć. Rozpaczliwie zastanawiała się, czy nie mogłaby po prostu powiedzieć, że Richard umarł.
– To była bardzo nagła śmierć – mruknęła pod nosem.
***
Przez całą drogę Richard ani na moment nie zatrzymał się, by pomyśleć. Zupełnie jakby coś nim kierowało. Gdzieś w głębi umysłu ktoś – zwykły, rozsądny Richard Mayhew – mówił mu, jak idiotycznie się zachował. Powinien był wezwać policję albo karetkę, niebezpiecznie jest ruszać rannego, bardzo poważnie obraził Jessicę, będzie musiał spać dziś na kanapie, zniszczy sobie najlepszy garnitur, dziewczyna okropnie śmierdzi… Mechanicznie stawiał kroki. Cierpły mu ramiona, bolały plecy, a on, ignorując spojrzenia przechodniów, szedł naprzód. Wreszcie znalazł się przy wejściu na klatkę schodową. Potykając się, wszedł na górę, stanął przed swymi drzwiami – i w tym momencie uświadomił sobie, że zostawił klucze w środku na stoliku…
Dziewczyna wyciągnęła brudną dłoń ku drzwiom, które otwarły się lekko.
Nigdy nie sądziłem, iż ucieszy mnie fakt, że zamek nie zaskoczył, pomyślał Richard, wnosząc ją do środka. Nogą zamknął za sobą drzwi i położył dziewczynę na łóżku.
Przód jego koszuli był mokry od krwi.
Nieznajoma sprawiała wrażenie półprzytomnej. Jej powieki trzepotały.
Zdjął z niej skórzaną kurtkę. Na lewym ramieniu miała głęboką ranę. Richard aż syknął na jej widok.
– Posłuchaj, muszę wezwać lekarza – rzekł cicho. – Słyszysz mnie?
Otworzyła oczy – okrągłe, przerażone.
– Proszę, nie. Nic mi nie będzie. Nie jest aż tak źle, jak się zdaje. Potrzeba mi tylko snu. Żadnych lekarzy.
– Ale twoje ramię, twoja ręka…
– Nic mi nie będzie. Jutro. Proszę. – Jej głos opadł do szeptu.
– No dobrze, jeśli tego chcesz. – Powoli wracał mu rozsądek. – Posłuchaj, mógłbym spytać…
Dziewczyna spała.
Na palcach wyszedł z sypialni, zamykając za sobą drzwi. Potem usiadł na kanapie przed telewizorem, zastanawiając się, co właściwie zrobił.

Kategorie: Nowinki
Otagowane: , , , , , , , ,

“Nigdziebądź” Neila Gaimana w wersji autorskiej z przedmową A. Sapkowskiego

czerwiec 17, 2009 · Dodaj komentarz

Richard Oliver Mayhew, bohater Nigdziebądź, jest w tarapatach. Przyszły na niego, prawdę powiedziawszy, takie kłopoty i takie terminy, że aż zaczął pisać w pamięci pamiętnik.

Zaczął tak: Drogi pamiętniku. W piątek miałem pracę, narzeczoną, dom i sensowne życie, o ile w ogóle życie może mieć sens. Potem znalazłem na chodniku ranną, krwawiącą dziewczynę i próbowałem zostać dobrym Samarytaninem. Teraz nie mam narzeczonej, domu ani pracy i wędruję sto metrów pod ulicami Londynu z perspektywą życia krótszego niż jętka o skłonnościach samobójczych pisze we wstępie Andrzej Sapkowski.

Nigdziebądź Neila Gaimana ukazuje się 17 czerwca nakładem wydawnictwa Mag.

Powieść jest oparta na sześcioodcinkowym serialu BBC, do którego scenariusz napisał Neil Gaiman, a rozgrywa się w sieci londyńskiego metra. Londyn Pod został stworzony na prostej zasadzie – ucieleśnienia nazw stacji metra. Mamy tu więc i Czarnych Mnichów (Blackfriers), i Hrabiowski Dwór (Earl s Court), i Anioła (Angel); sama deszyfracja tych kalamburów stanowi dla znających Londyn dodatkową zabawę).

Nigdziebądź to powieściowy debiut Neila Gaimana

Richard Mayhew szedł właśnie z narzeczoną na kolację do ekskluzywnej restauracji ‘Ma Maison Italiano’, gdy zobaczył na chodniku dziewczynę w kałuży krwi. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew kardynalnym regułom życia w wielkim mieście, nie bacząc na protesty narzeczonej Richard podniósł zranioną i zaniósł ją do swego mieszkania. Ha, powinien był Richard Mayhew więcej uwagi poświęcić tajemniczej staruszce, która przed wyjazdem do Londynu wywróżyła mu kłopoty. Ale wróżby i przepowiednie bywają pokrętne, bogowie drwią sobie z ludzi za ich pomocą, doświadczył tego choćby Filip Macedoński, któremu wyrocznia nakazała strzec się wozu. Filipa zamachowiec zamordował mieczem, na klindze którego wygrawerowano wóz. Richardowi staruszka wywróżyła, że jego kłopoty zaczną się od drzwi. I zaleciła strzec się drzwi. Chlaśnięta nożem dziewczyna, którą Richard zabrał do mieszkania, nosi imię Door. Drzwi. Rana dziewczyny goi się zadziwiająco szybko, zadziwiająco szybko zaczynają też mnożyć się kłopoty i dziwne ewenementy. Pojawiają się wrogowie dziewczyny, ewidentnie ci, którym zawdzięcza cięcie nożem straszliwa demoniczna para, panowie Croup i Vandemar. Tarapaty Richarda Mayhew nabierają coraz realniejszego wymiaru, a za całość jego skóry nie dałby złamanego pensa największy nawet hazardzista.

A potem dziewczyna znika. Ale tarapaty Richarda znikać ani myślą ba, mnożą się w zastraszającym tempie.

Nie zdradzę rozwoju akcji ale już nazajutrz po tych dziwnych wydarzeniach Richard Mayhew pisać będzie ów zacytowany na wstępie mentalny dzienniczek.

Dość trudno jest jednoznacznie przyporządkować powieść do jednego z istniejących siedmiu subgatunków gatunku. Najbardziej klasycznym zabiegiem byłoby umieszczenie jej w podgatunku, który ja nazywam umownie Jednorożce w ogrodzie, nawiązując do tytułu znanego opowiadania Jamesa Thurbera. Taki właśnie, jak owo opowiadanie, jest subgatunek najbardziej dziwne, magiczne, absolutnie niezwykłe i niecodzienne wydarzenia zdarzają się w nim nagle w naszym zwykłym, codziennym życiu. Znany ład zostaje zakłócony, znany porządek zburzony. W realności nagle zaczyna dziać się fantastyczność będąca, jak powiedział kiedyś Roger Callois, wyłomem w ustalonym porządku, nagłą erupcją niedozwolonego, niedopuszczalnego i nielegalnego w naszym codziennym, uładzonym, pozornie niezmiennym i legalnym ładzie.

Dystrybutorem książek Wydawnictwa Mag jest Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o. www.olesiejuk.pl

Kategorie: Nowinki
Otagowane: , ,

Bohaterowie umierają

czerwiec 12, 2009 · Dodaj komentarz

Bohaterowie umierają jest pierwszą częścią cyklu pt. “Akty Caine’a” autorstwa Matthew Woodringa Stovera. Premiera drugiej części, pt. Ostrze Tyshalle’a jest zaplanowana na początek 2010 roku.

Nie brakuje zarozumiałych snobów, którzy zarzucają Stoverowi popadanie w skrajności i schlebianie prostym gustom poprzez epatowanie przemocą, mimo że nie chciało im się przeczytać ani jednej jego powieści. Ja jednak od dziesięciu lat nie czytałem książek, która zawierałyby tak głęboką refleksję nad konsekwencjami przemocy oraz naturą i zakresem odpowiedzialności za swoje czyny, jak Bohaterowie umierają i druga część, Ostrze Tyshalle’a. Domyślałem się, że pochłonę je obie jednym tchem (Stover jest mistrzem technik narracyjnych i budowania napięcia), nie spodziewałem się jednak, że będę aż tak poruszony. Te książki dają po głowie w sensie emocjonalnym i intelektualnym jak uderzenie cegłówką. Kluczem do ich sukcesu jest mistrzowsko zarysowany, wielopoziomowy dualizm postaci.

Caine jest jednocześnie samolubnym, okrutnym, amoralnym mordercą i najbardziej wolnym, najszlachetniejszym i najmniej nieuczciwym bohaterem całej historii. Stover ani na chwilę nie traci z oczu tej dwoistości swego bezkompromisowego Batmana. Kiedy zaczyna nadmiernie mu kadzić, w następnej scenie nie omieszka pokazać nam, jakim naprawdę Caine jest skurczybykiem; kiedy przesadzi z łajdactwem bohatera, pozwala mu błysnąć odrobiną szlachetności. Caine jest tworem, którego autor na przemian dręczy, kroi na kawałki, i wychwala i tylko skończony dureń może podejrzewać, że taki bohater jest projekcją marzeń Stovera. Na przykładzie Caine, Stover pokazuje Czytelnikowi, jak nieprzydatne stają się uproszczone dychotomie dobro-zło, prawość-niegodziwość, ład-chaos w konfrontacji ze skomplikowaną ludzką naturą.

Zbyt wielu fanów fantasy zakłada, że rozlew krwi, seks, przemoc i przygody bohaterów zupełnie nie dotyczą Czytelnika; że są do tego stopnia abstrakcyjne i nieprawdopodobne, że można się nimi bawić w zupełnie abstrakcyjnym kontekście. W Bohaterowie umierają i Ostrzu Tyshalle brutalność i opisy cierpień mają za zadanie wciągnąć czytelnika w fabułę, przybliżyć mu egzystencję bohaterów.

Prawdziwym mięchem męskiej fantasy nie są wcale hektolitry wylanej krwi, lecz prezentacja realistycznych typów ludzkich, zamiast postaci wyidealizowanych i przez to nieautentycznych. I właśnie dlatego zarówno Bohaterowie jak i Ostrze Tyshalle tak głęboko ranią i tak mocno działają na wyobraźnię.

Kategorie: Nowinki
Otagowane: ,

Podziemia Veniss

czerwiec 10, 2009 · Dodaj komentarz

PODZIEMIA VENISS to przesiąknięta mrocznym pięknem i jednocześnie prawdziwie koszmarna opowieść, zdobywająca szturmem teren fantastycznej antyutopii, którą przekształca w zupełnie nową jakość. Jeff Vander Meer nie marnuje czasu na tworzenie konwencjonalnego, spójnego futurystycznego świata; zamiast tego jego postacie charakteryzują się niemal mitologiczną prostotą i żyją wśród krajobrazów, które wiele zawdzięczają zarówno Hieronimowi Boschowi i Salvadorowi Dali, jak i autorom SF, takim jak J.G. Ballard czy Simon Ings.

Rozgrywające się w świecie zewnętrznym katastrofy postępują ramię w ramię z głęboką refleksją i odkrywaniem przez bohaterów samych siebie. Pełno tu również intensywnych, rozrzuconych na wszystkich stronach powieści chwil piękna i grozy, żywcem wyjętych wprost z ze złego snu.

PODZIEMIA VENISS Jeffa VanderMeera ukazują się 26 czerwca w UCZCIE WYOBRAŹNI nakładem wydawnictwa Mag.

Jeff VanderMeer jest dwukrotnym laureatem World Fantasy Award, finalistą Hugo Award, Bram Stoker Award, IHG Award, Philip K. Dick Award, i innych. Publicysta The Washington Post, Publishers Weekly I innych, członek jury nagrody The Aisner Award, Jest autorem zaliczanym do nurtu New Weird, do którego zalicza się również Wieki Światła Iana McLeoda (wyd. MAG czerwiec 2006). O samym nurcie New Weird tak opowiada VanderMeer : New Weird jest typem miejskiej literatury osadzonej w fantastycznym świecie, która obala wyidealizowane wyobrażenia o scenografii znanej z tradycyjnej fantasy, a robi to najczęściej przez wybór realistycznych, kompleksowych modeli świata, stanowiących punkt wyjścia do kreacji, w której mogą łączyć się elementy zarówno sf, jak i fantasy. New Weird jako gatunek odznacza się wysoką jakością i by ją osiągnąć, używa elementów właściwych, na przykład, dla surrealistycznego horroru w kwestii stylu, tonu opowieści i efektów odbywa się to w połączeniu ze stymulującym wpływem pisarzy nowofalowych i ich następców (a także protoplastów, jak Mervyn Peake oraz francuscy/angielscy dekadenci).

New weirdowska literatura odnosi się do problematyki współczesnego świata, nawet jeśli w sposób zakamuflowany, nie zawsze jednak są to odwołania do kwestii politycznych. Częściowo odwoływanie się do współczesnego świata polega na potędze wizji autorskiej i poddaniu się dziwactwom, wizji nie zamkniętej w nawiedzonym domu na wrzosowiskach ani jaskini na Antarktydzie. To poddanie się (albo wiara) autora może przyjąć różne formy, przy czym część z pisarzy stosuje w tym celu techniki postmodernistyczne, niepodważające jednak wykreowanej w tekście fantastycznej rzeczywistości. (cytat pochodzi z antologii, którą opracował Jeff Vander Meer wspólnie z żoną Ann). Wywiad z Jeffem VanderMeerem przeprowadził dla portalu Katedra Jan Żerański http://katedra.nast.pl/artykul/3863/Wywiad-z-Jeffem-VanderMeerem/

Oficjalna strona autora http://www.jeffvandermeer.com

Kategorie: Nowinki
Otagowane: , , , , , , , ,

Uczta wyobraźni

maj 30, 2009 · Dodaj komentarz

Kategorie: Pozostałe
Otagowane: , ,

Księga tysiąca i jednej nocy naszych czasów…

maj 29, 2009 · Dodaj komentarz

Co jakiś czas pojawia się książka przypominająca nam o magicznych zaklęciach, które mogą rzucać na nas takie historie – oszałamiać, bawić i uczyć. Oto Księga tysiąca i jednej nocy naszych czasów – napisana z rozmachem epopeja fantastyczna, która wciągnie Was od pierwszej strony…

Ukrywająca się w ogrodzie samotna dziewczynka opowiada historie zaciekawionemu księciu: nadzwyczajne wyczyny i niesłychane losy splatają się na gobelinie tkanym jej słowami. Każda z opowieści wytatuowanych na jej powiekach stanowi element układanki, którą są dzieje samej narratorki.

Opowieści sieroty: W ogrodzie nocy Catherinne M. Valente ukaże się w ambitnej serii literackiej Uczta Wyobraźni 29 maja nakładem wydawnictwa Mag

Dziewczynka opowiada o wiedźmach zmieniających kształty i dzikich kobietach stepów, o królach czapli i księżniczkach bestiach, o wężowych bogach, psich mnichach i żyjących gwiazdach – każda historia jest dziwniejsza i bardziej fantastyczna niż poprzednia. Od humorzastej „syreny” do wrażliwej Bestii, nic nie jest takie, jakie się wydaje w tych bezustannie zmieniających się opowieściach – nawet, a zwłaszcza, ich narratorka. Ta cudowna liryczna powieść jest zachwycającym zbiorem niesłychanych mitów i mrocznych opowieści fantasy, które kształtują nasze sny. I właśnie wtedy, gdy myślisz, że dotarłeś do końca, uświadamiasz sobie, że przygoda dopiero się zaczęła…

Więcej informacji o książce i autorze na stronie Wydawnictwa Mag

Fragment Powieści

Preludium
Pewnego razu żyła sobie dziewczynka, której twarz przypominała księżycową poświatę srebrzącą cyprysy i pióra ptaków. Była dziwnym dzieckiem, tajemniczym. W zimowe noce siadywała samotnie w wielkim pałacowym ogrodzie, kładąc ręce na śniegu i patrząc, jak topi się pod wpływem jej ciepła. Nosiła koronę z liści czosnku i glicynii; piła ze srebrnych fontann wyłożonych lapis-lazuli; jadła zimne gruszki pod baldachimem sosen w deszczowe popołudnia.
Na powiekach i wokół oczu miała dziwne i cudowne znamię, barwy głębokiej czerni z odcieniem indygo, jak tusz nalany do porcelanowych filiżanek. Nadawało jej to tajemniczy wygląd milkliwej sowy, która siedzi w krokwiach z kości słoniowej, albo szopa pijącego z wartkiej rzeki. Gdy dorosła, nigdy nie musiała przyciemniać powiek proszkiem antymonowym.
Z powodu tego znaku wzbudzała lęk i od najwcześniejszych dni skazana była na samotne wędrówki po ogrodzie wokół pałacu o wielu wieżach. Rodzice patrzyli na nią z niepokojem i zgrozą, zastanawiając się, czy skaza ta źle świadczy o ich cnocie. Inni wielmoże głęboko wierzyli, że dziewczynka jest demonem, zesłanym w celu zniszczenia olśniewającego dworu. Dzieci, które często krążyły po ogrodzie niczym stado dzikich gęsi, trzymały się od niej z daleka, żeby nie rzuciła na nie klątwy swoimi strasznymi mocami. Sułtan nie mógł rozstrzygnąć – jeśli była demonem, czyż pozbywanie się jej jak skoszonej trawy nie obrazi jej piekielnych krewnych? W końcu wszyscy uznali, że najlepiej będzie, by pozostała cicha i daleka, wtedy nikt nie będzie musiał zastanawiać się nad tym dylematem.
I tak było przez wiele lat. Trzynaście letnich pór roku rozkwitło i zwiędło jak bujne pomarańczowe róże.
***
Pewnego dnia do dziewczynki podszedł, aczkolwiek niezbyt blisko, chłopiec płochliwy niczym jelonek, gotów pierzchnąć w cienie. Jego twarz przypominała zimowe słońce, był szczupły jak nadrzeczna trzcina. Stanął przed dziewczynką, która miała na sobie obszarpaną jedwabną sukienkę i wyświechtany płaszcz, niegdyś biały, i dotknął jej powiek słodko pachnącym palcem. Ona, ku swemu zaskoczeniu, zniosła to lekkie dotknięcie, była bowiem samotna i zawsze pełna smutku.
– Naprawdę jesteś duchem? Bardzo złym duchem? Dlaczego masz takie ciemne oczy jak jezioro przed świtem? – Śliczny chłopiec przekrzywił głowę niczym ibis pośrodku strumienia.
Dziewczynka nie odpowiedziała.
– Nie boję się ciebie! – Chłopiec stał dzielnie w miejscu, lecz głos mu się załamał. Wierzby kołysały się na zachodnim wietrze. Gdy dziewczynka przemówiła, jej głos przypominał cichy szmer cykad na zasnutych mgłą wzgórzach.
– Dlaczego?
– Jestem bardzo odważny. Pewnego dnia zostanę wielkim generałem i będę nosić szkarłatny płaszcz.
Dziewczynka omal się uśmiechnęła na te słowa.
– Czy przyszedłeś poskromić wielkiego demona-dziewczynę, który straszy w ogrodzie? – szepnęła.
– O nie, ja… – Chłopiec rozłożył ręce zakłopotany.
– Nikt nie wyrzekł do mnie tylu słów, odkąd ujrzałam zimowy śnieg przez ciepłe okno obwieszone futrami. – Dziewczynka patrzyła na niego nadzwyczaj spokojnie. Nagle maleńkie światełko rozbłysło w jej mrocznych oczach i podjęła decyzję. – Mam zatem powiedzieć ci prawdę? Zdradzić ci swój sekret? Tobie jednemu spośród wszystkich dzieci, które noszą pierścienie z rubinami i pachną oliwkowym mydłem? – Jej głos stał się tak cichy, że płynął niemal bez tchnienia.
– Zapytałem, prawda? Potrafię dochować sekretów. Moja siostra mówi, że jestem w tym bardzo dobry, jak Król Złodziei w bajce dla dzieci.
Zapadła długa chwila ciszy. Chmury przysłoniły słońce. Dziewczynka zaczęła mówić bardzo cicho, niemal jakby się bała słuchać własnego głosu.
– Pewnego wieczora, gdy byłam bardzo mała, do wielkiej srebrnej bramy podeszła stara kobieta i skręcając w rękach korzenie róż, powiedziała mi, co następuje: Nie urodziłam się z tym znakiem. Siódmego dnia siódmego miesiąca mojego życia, gdy moja matka spała w śnieżnobiałym łożu, duch stanął u mojej kołyski, dotknął mojej twarzy i zostawił na niej wiele opowieści i zaklęć, jak tatuaże żeglarzy. Wiersze i pieśni są tak liczne i ściśle napisane, że wyglądają jak nieprzerwana smuga gagatu na moich powiekach. Ale są tam słowa z rzeki i bagna, z jeziora i wiatru. Razem tworzą wielką magię, a gdy wszystkie opowieści zostaną odczytywane i wysłuchane od początku do śpiewanego końca, do ostatniej sylaby, duch wróci i mnie osądzi. Gdy stara kobieta roztopiła się w nocy o granatowym obliczu, codziennie skrywałam się w gąszczu jaśminu i oleandrów, próbując odczytać, ile mogłam, w wykutym z brązu zwierciadle albo w tafli stawów ogrodu. Ale to trudne, muszę czytać w lustrzanym odbiciu i tylko jednym okiem naraz. – Urwała, a jej ostatnie słowa brzmiały nie głośniej niż szmer pająka tkającego opalowe nici. – I nikt nie słuchał.
Chłopiec wytężył wzrok. Przyjrzał się z bliska i dostrzegł kręte linie w litej czerni jej powieki, sugestię alfabetów i liter, których nie potrafił sobie wyobrazić. Im pilniej patrzył, tym więcej kształtów jakby skakało ku niemu, zdawało się go czepiać, aż dostał zawrotu głowy.
Oblizał usta. Oboje teraz szeptali, jak konspiratorzy i złodzieje. Inne dzieci odeszły i stali samotnie pod warkoczami witek sękatej wierzby.
– Powiesz mi? Opowiedz mi jedną historię ze swoich powiek. Proszę. Tylko jedną. – Bał się, że dziewczynka ofuknie go i czmychnie jak pies, który często jest bity. Ale tylko patrzyła na niego tymi dziwnymi, ciemnymi oczyma.
– Jesteś dla mnie miły, gdy nikogo innego nie ma w pobliżu. A moje opowieści są wszystkim, co mogę ci dać w podzięce. Musimy jednak przejść z otwartego ogrodu do mojej kryjówki, bo nie chcę, żeby wiedział o tym ktoś inny. Z pewnością ty zostałbyś ukarany, mnie zabraliby lusterko i nóż, a jest to wszystko, co posiadam. Zamknęliby mnie pod kluczem, żeby demon nie spustoszył ich pięknego domu.
I tak odeszli chyłkiem od żółknącej wierzby, klucząc wśród niezliczonych rzędów róż. Przemknęli pod łukiem kwiatów kasztanowca i nagle zamknęła się wokół nich altanka białych płatków, których zapach muskał ich niczym dłonie. Czerwone gałęzie utkały coś w rodzaju niskiego daszka, a na miękkiej, zasłanej liśćmi ziemi było dość miejsca, żeby oboje mogli usiąść.
– Opowiem ci pierwszą historię, którą zdołałam odczytać, ze zmarszczki na lewej powiece.
Chłopiec siedział w bezruchu, wytężając słuch jak zając o jedwabistych uszach, przycupnięty głęboko w lesie.
– Kiedyś daleko stąd żył sobie niespokojny książę, któremu ani bogactwa ojca, ani piękno pałacowych kobiet, ani uciechy sali biesiadnej nie sprawiały radości. Zwał się Leander, po płowym lwie, który hasa po stepach niczym groźny wiatr. Pewnej nocy wyruszył z porośniętych winoroślą murów wielkiego zamku jak jastrząb na łowy, by znaleźć spokój i ukoić smutki gryzące go w piersi…
Opowieść o księciu i gęsi
Książę wymknął się w nocy, cienie okręcały się wokół niego jak śliskie piskorze, jego kroki były czarne i bezdźwięczne na sosnowych igłach. Wędrował przez las, gwiazdy rozlewały się po niebie, jakby pękła jakaś złota tama; wędrował bez szczególnego planu, chcąc tylko jak najdalej odejść od pałacu przed wschodem słońca, zanim psy ojca ruszą jego tropem. Korony drzew tworzyły dach z wielu dachówek nad jego głową, wonną mozaikę na tle błękitnych obłoków. Po raz pierwszy w młodym życiu książę czuł głębokie szczęście opromienione światłem.
Gdy świt podkradł się jak przebiegły złodziej, książę oparł się o pień wielkiego baobabu, przytulając głowę do sękatego drewna. Zjadł na śniadanie ser i suszone mięso, które ukradł z kuchni. Słone mięso smakowało lepiej niż wszystko, czego dotąd kosztował, a po posiłku przespał kilka godzin pod niebem, które rozkwitało kolorami glicynii i lilii.
Wędrując dalej, po niedługim czasie natknął się na prześliczną łąkę. Pośrodku stała chata kryta strzechą, z solidnymi drewnianymi drzwiami, na których jeżyły się mocne mosiężne ćwieki. Komin dymił wesoło, rozsiewając woń szałwii i cedru. Wokół domku kręciło się stado szaropiórych gęsi krążących jak pierzaste chmury, eterycznych i dzikich. Były to piękne ptaki, gęgające i stroszące pióra pod zadartymi okapami z drzewa kamforowego i świeżej słomy.
Młody książę, choć młody i pomysłowy, był niezbyt rozsądny, toteż zabrał z kuchni niewiele jedzenia i tylko parę jabłek z sadu. Założył, że z łatwością się wyżywi, bo cały świat musiał być równie żyzny jak ziemie ojca, wszystkie drzewa pełne podobnych klejnotom owoców, wszystkie zwierzęta potulne i smakowite, wszyscy wieśniacy mili i szczodrzy. W drodze zaczął rozumieć, że może być inaczej, i głośno burczało mu w brzuchu. Postanowił uzupełnić zapasy w sakwie przed podjęciem wędrówki. Gęsi przecież jest wiele, a mieszkańcy tej pięknej chaty, kimkolwiek są, z pewnością nie zauważą zniknięcia jednego z długoszyich ptaków.
Książę od wczesnego dzieciństwa uczył się polowania i podchodzenia zwierzyny, więc umięśnione nogi bezgłośnie wyniosły go z kryjówki. Zakradł się za wielki pług i przypadł w wysokiej letniej trawie, czekając na odpowiednią chwilę, panując nad oddechem i spowalniając bicie serca. Przedpołudniowe słońce mocno grzało go w kark. Włosy spłynęły potem, który skapywał na kołnierz, ale Leander trwał w bezruchu. W końcu jedna gęś odbiła od stada i zajrzała za mielesz pługu, wbijając w niego szeroko otwarte czarne oczy. Były bardzo dziwne, bezkresne i dalekie jak jesienny księżyc, pozbawione źrenic i pełne wyrazu.
Ale książę, szybki jak wilk o lśniącym futrze, uniknął ich spojrzenia. Chwycił za długą szyję i skręcił ptakowi kark – dźwięk nie był głośniejszy niż trzask gałązki pod stopą. Leander podniósł się z zeschniętej trawy i ruszył w kierunku lasu, ale gęsi zauważyły, że brakuje jednej z nich, i wszczęły przeraźliwe larum.
Drzwi się otworzyły i z chaty wypadła przerażająca kobieta, zawierucha siwych włosów i lśnienia ostrza siekiery. Twarz miała szeroką i płaską, pokrytą strasznymi, tajemniczymi znakami; duże czarne tatuaże i blizny cięły jej rysy, wiec niepodobna było powiedzieć, czy kiedyś mogła szczycić się urodą. Nosiła szeroki skórzany pas nabijany srebrem, na biodrach lśniły dwa długie noże. Jej upiorne wycie wstrząsnęło cyprysami i dębami, wibrując w powietrzu jak ostatnie tony strzaskanego fletu.
– Coś ty zrobił? Co uczynił? Ty wstrętny młokosie! Zbóju, demonie! – Znów wrzasnęła głosem wyższym i bardziej przeraźliwym niż skrzeczenie sowy. Zawtórowały jej gęsi, lamentując i zawodząc. Ich krzyk żłobił powietrze i żyzną czerwoną ziemię, dźwięk potworny i obcy, pełen nieludzkiego, bezdennego żalu, rozdzierający uszy jak szpony.
Wreszcie kobieta uciszyła się i tylko z płaczem kręciła dużą głową. Książę stał oszołomiony, bardziej przygnębiony udaremnionym złodziejstwem niż jej gniewem. Była przecież tylko niewiastą, a on pozbawił życia zwyczajnego ptaka. Niemłoda, skurczona wiekiem, nie stanowiła dlań zagrożenia. Książę wiedział, że nie ma się czego obawiać. Trzymał zabitego ptaka za plecami, mając nadzieję, że szeroki tors i ramiona ukryją go przed jej wzrokiem.
– Dopiero co natknąłem się na twój dom, pani. Nie chciałem nikogo urazić. Nieszczęsna kobieta znów krzyknęła i jej oczy koszmarnie zogromniały. Wcześniej nie dostrzegł ich żółtawego odcienia, który teraz był bardzo wyraźny, dziki i chorobliwy.
– Łżesz, łżesz! Uśmierciłeś moją gęś, mojego pięknego ptaka, moje dziecko! Była moja, a ty skręciłeś jej kark! Moje maleństwo, moje dziecko! – Wybuchła gorzkim płaczem.
Książę nie mógł zrozumieć. Wyciągnął martwą gęś zza pleców, by podać starusze.
Miał w garści nie ptaka, lecz piękną dziewczynę, drobną i delikatną jak żuraw stojący w wodzie. Długie czarne warkocze niczym wężowe sploty wiły się wokół jego ręki, bo trzymał ją za włosy. Okrywały ją przejrzyste łachmany, ledwo osłaniając połyskliwą skórę. Smukła, gładka szyja była wprawnie złamana.
Wytatuowana kobieta rzuciła się w jego stronę, wymachując siekierą jak kosą w pszenicy, i książę otworzył rękę, a wówczas ciało dziewczyny ze strasznym łoskotem upadło na trawę. Starucha podbiegła i stanęła jak wryta, dysząc mu w twarz, jej oddech cuchnął zgniłymi śliwkami i ciemnym, tajemnym mchem. Podniosła siekierę i opuściła, obcinając dwa palce lewej ręki księcia, i zlizała mgiełkę krwi ze spękanych ust. Cios był nagły i celny, Leander tylko krzyknął i ścisnął okaleczoną dłoń. Wiedział, że jeśli rzuci się do ucieczki, straci coś więcej niż palec. Obiecał starusze tysiąc tysięcy królestw, skarby stu smoków, paplał przysięgi jak dziecko. Ona jednak nie chciała niczego i powoli przysuwała rękę do jednego z długich noży.
– Zabiłeś moje dziecko, moją jedyną córkę.
Położyła ciężką siekierę na wilgotnej ziemi i z przeciągłym złowieszczym szmerem wysunęła z pochwy jedno długie, jasne ostrze…
***
Dziewczynka umilkła i spojrzała chłopcu w oczy, podobne głębokim moczarom o zachodzie słońca.
– Nie przerywaj! – wykrztusił. – Powiedz mi! Czy zabiła go na miejscu?
– Jest noc. Musisz iść na kolację, a ja muszę urządzić sobie posłanie w konarach cedru. Każde z nas ma swoje sprawy.
Chłopiec westchnął, gorączkowo szukając pretekstu, żeby zostać i poznać dalsze losy rannego księcia. Wymamrotał w pośpiechu:
– Zaczekaj, zaczekaj. Pójdę na kolację, ukradnę dla ciebie trochę jedzenia jak dzielny książę Leander, i wrócę tutaj pod osłoną nocy niczym jastrząb na łowach, i zostanę z tobą, tutaj pod gwiazdami, które są jasne jak pióra żurawia w słońcu. Wtedy dokończysz opowieść. – Patrzył na nią z nadzieją bardziej płomienną niż wszystkie pochodnie płonące teraz we dworze.
Dziewczynka milczała przez chwilę, chyląc głowę niczym świątynna postulantka.
Wreszcie przytaknęła, nie patrząc na niego.
– Zgoda.
W ogrodzie
Gdy ostatnie harfie struny szkarłatu westchnęły w milczącej ciemności zachodu, chłopiec wrócił, niosąc wypchane zawiniątko. Wczołgał się w gąszcz i z dumą uszykował ucztę. Dziewczynka siedziała jak wówczas, kiedy ją zostawił, nieruchoma niczym jeden z cichych posągów w ogrodzie. Jej dziwny spokój odbierał mu odwagę, przerażał go. Nie mógł wytrzymać mrocznego spojrzenia jej migdałowych oczu otoczonych dziwnymi znakami.
Zerknął z zakłopotaniem na parujące jedzenie. Na kwadraciku jedwabiu leżał lśniący pieczony gołąb, duże brzoskwinie i zimne gruszki, pół bochenka chleba maślanego z dżemem, gotowana rzepa i ziemniaki, grudka twardego sera i kilka ocukrzonych fiołków, które capnął z przybrania stołu. Wyjął z kieszeni butelkę jasnego rozcieńczonego wina, wielki łup z wyprawy do kuchni.
Dziewczynka nie zrobiła ruchu, nie tknęła gołębia i gruszek. Krucze włosy opadły jej na twarz, poruszone ciepłym podmuchem, i nagle zapłakała z drżeniem. Chłopiec nie wiedział, gdzie podziać oczy, nie chciał jej zawstydzać patrzeniem na łzy. Wbił wzrok w drżące gałęzie dalekiego cyprysa i czekał. Jakiś czas później szlochanie ucichło i dziewczynka się uspokoiła.
Oczywiście rozumiał, że nigdy w życiu tak dobrze nie jadła, gdyż nigdy nie zaproszono jej na kolację do pałacu – przypuszczał, że żywi się jak żebraczka, owocami i orzechami z ogrodu. Nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego obfitość pokarmu może skłaniać kogoś do płaczu. Ręce miał delikatne, pachnące różanym olejkiem, a jego włosy lśniły. Nie znał niczego poza dworem i jego uwielbieniem dla pięknych młodzieńców. Był jednak dzieckiem o szlachetnym sercu, dlatego nie chciał jej peszyć okazywaniem współczucia.
Dziewczynka bez słowa oderwała skrzydełko gołębia i ostrożnie podniosła mięso do ust. Wyjęła ukryty w fałdach prostej sukienki ozdobny srebrny nożyk i przecięła gruszkę na pół. Gdy podała chłopcu jedną bladozieloną połówkę, zastanowił się mimochodem, skąd ma taki piękny nóż. Z pewnością on nie miał czegoś równie pięknego, a przecież sukienkę, jeśli można to nazwać sukienką, nosiła wyświechtaną i miała brudne paznokcie. Nić wonnego soku spłynęła jej po brodzie i po raz pierwszy dziewczynka się uśmiechnęła, i ten uśmiech był jak wschód księżyca nad górskim strumieniem, jak światło pochwycone przez blade poroże jelenia, jak czysta woda płynąca pod nocnym niebem. Kiedy znów przemówiła, chłopiec pochylił się z przejęciem, odgarniając z czoła gęste ciemne włosy, ugryzł dojrzałą brzoskwinię i wepchnął do ust kawałek sera, odruchowo, nie zauważając smaku. Przymknął oczy. Gdy zaczęła mówić, jej powieki również opadły i pokrywająca je mozaika zdawała się pływać niczym czarne lilie po bladym stawie twarzy.
– Dzika kobieta wyjęła zza pasa długi nóż i trzymała go przez chwilę, niemal żartobliwie, przy gładkiej szyi księcia, gotowa do zabójczego ciosu…
Opowieść o księciu i gęsi, ciąg dalszy
– Daruj mi życie, pani – szepnął Leander. – Błagam. Zostanę tutaj i będę twoim sługą. Zajmę miejsce ptasiej panny i będę ci wierny do końca moich dni. Będę twój. Jestem młody i silny. Proszę.
Nie wiedział, co skłoniło go do wysunięcia takiej propozycji, obowiązującej jak prawo. Ale słowa wyrwały się z niego, jakby kobieta włożyła pięść do jego gardła i sama je wyciągnęła.
Jej oczy płonęły jak chmury obsiane tysiącami ziarenek, z których rodzą się błyskawice. Teraz był w nich jednak błysk kalkulacji. W następnej chwili nóż zniknął spod brody księcia.
– Jeśli nawet się zgodzę, to cię nie ocali – syknęła głosem wielkiej ropuchy śpiewającej o świcie. – Ale opowiem ci o mojej córce i jak zyskała skrzydła. Wtedy może zrozumiesz swoją propozycję i przekonamy się, czy nie wolałbyś śmierci.
Zamilkła. Zamiast rozpocząć opowieść, oderwała z kołnierza długi pas nakrapianego futra i obandażowała mu rękę. Ruchy miała wprawne i znacznie delikatniejsze, niż się spodziewał, niemalże, choć nie całkiem, czułe. Z sakiewki u pasa wyjęła zwiędnięte liście, wśród których rozpoznał wawrzyn i jałowiec. Przyłożyła je do zakrwawionych kikutów. Zaciskając opatrunek, przyjrzała się swojemu dziełu i osądziła, że jest wystarczająco dobre.
– Po pierwsze, nie jestem ślepa. Widzę, że jesteś młody i silny, i nie ma wątpliwości, że mogę wykorzystać twoją młodość i werwę jak źródlaną wodę. Ale nie o to chodzi. Umiesz słuchać? Umiesz się uczyć? Potrafisz zachować milczenie? Ciekawe. Zdaje się, że jesteś zepsutym młokosem, który nie ma uszu.
Książę spuścił głowę skruszony. Głuche tętnienie w okaleczonej ręce ustało. Nic nie mówił, uznając, że milczenie jest najlepszą tarczą, jaką może się przed nią bronić. Starucha usiadła pod wielkim kamieniem i zmięła w sękatych palcach kilka pachnących piżmem liści…
Opowieść wiedźmy
Pochodzę z plemion północy, spośród stepowych kobiet z ich kudłatymi końmi i oblepionymi śniegiem warkoczami. Jestem pewna, że słyszałeś opowieści – byłyśmy potworami, wybrykami natury, i zasłużyłyśmy na to, co w końcu nas spotkało.
Wśród tych nieludzkich potworów ja byłam najbardziej potworna i najbardziej nieludzka. Zwali mnie Nóż. W młodości, gdy moja siła wibrowała niczym napięta cięciwa, jeździłam konno najlepiej ze wszystkich dziewcząt. Miałam wiele naszyjników z jaspisu i wilczych kłów, trzy piękne noże myśliwskie, mocny łuk, który umiałam napiąć w kształt pełni księżyca, kołczan strzał z jastrzębimi piórami i skórę żbika, mojej pierwszej myśliwskiej zdobyczy. Wokół mnie rozciągały się dzikie stepy o barwie miodu, gdzie polowałyśmy na tłuste jelenie i gdzie brykały lśniące, brązowe, pachnące konie, które uwielbiałam. Biegały jak zmarszczki po górskim jeziorze. Biegałam wraz z nimi, jeździłam na nich i spałam przytulona do ich boków.
Byłam szczęśliwa, słońce stało wysoko. Miałam wszystko, czego potrzebowałam.
Moje siostry były starsze ode mnie, moi bracia przebywali daleko, walcząc na granicach naszego kraju. Byłam taka wolna i dzika, że mój śmiech często przypominał warczenie. Pewnego dnia babcia Zgięty Łuk, którą wszyscy nazywali Babcią, ale która naprawdę była moja i miała najbrzydszą twarz, jaką znałam, jak posiekana kora, wezwała mnie do siebie pod nowym księżycem. Powiedziała mi, że znalazła dla mnie mężczyznę, którego mam poślubić. Bardzo kochałam babcię, ale nie chciałam wychodzić za mąż. Byłam silną, szybką klaczą i nie potrzebowałam ogiera, który by mnie spowalniał. Ale słowo babci u nas stanowiło prawo. Potwory, wiesz, nie umieją doceniać subtelności przykazań wyrytych w kamieniu.
I tak, choć byłam bardzo młoda, stanęłam w jej spodniach z pięknej jeleniej skóry, z dumnym żbiczym futrem na ramionach, i wyszłam za mężczyznę, którego mi wybrała. Był smagły, miał bardzo błyszczące oczy, i polowaliśmy razem – z początku tnąc mięso obok siebie, ale z czasem staliśmy się jednym myśliwym, skaczącym na grubokościstego jelenia z błyskającymi bliźniaczymi nożami. Śmialiśmy się, warczeliśmy i znów się śmialiśmy pod niebem, na którym gwiazdy jaśniały jak krople mleka rozpryśnięte po czarnej skórze.
Kiedy nie polowałam z mężem, ścigałam się z siostrami, Cięciną i Kołczanem – wśród nas córki zawsze przychodzą trójkami – ćwiczyłam pieśni naszego plemienia i brzdąkający śpiew naszych łuków, a od babci uczyłyśmy się magii. Splatałam jej srebrne włosy, gdy uczyła nas tajemnych rzeczy – potwornych rzeczy, rzeczy sprzecznych z naturą. Pod Gwiazdą Wężem, Gwiazdą Uzdą i Gwiazdą Nożem, moją imienniczką, babcia pokrywała moją twarz delikatnymi tatuażami i zwała mnie swoją najlepszą dziewczynką, zwała mnie uczennicą i prawdziwą koniarką.
Rośliśmy, polowaliśmy, śmialiśmy się. Ale choć tego nie wiedziałam, słońce opadało coraz niżej na niebie.
Pewnego dnia wojska twojego ojca…
Przestań wytrzeszczać oczy, chłopcze. Sądzisz, że nie wiedziałam, kim jesteś, już w chwili, gdy wszedłeś na moją ziemię?
Pewnego dnia wrzeszczące wojska twojego ojca nadciągnęły z południa jak preriowy pożar. Król chciał zagarnąć nasze tłuste stada i silne konie. Chciał mieć głowy potworów na swojej ścianie. Chciał oczyścić swoje królestwo z odmieńców, z wybryków natury, które wyły, pełzały i przynosiły wstyd cywilizowanemu światu.
Nigdy nie widziałam niczego podobnego do jego żołnierzy. Nosili zbroje jak rybie łuski, na hełmach mieli strzeliste ciemne pióropusze i lśnili niczym tysiąc srebrnych chmur na koniach czarnych niczym demony. Wystrzeliłam w te chmury wszystkie swoje strzały, i wszystkie strzały Cięciwy z lotkami z kruczych piór, gdy jakiś mężczyzna odrąbał jej prawicę. Spod ciemnych, wilgotnych wnętrzności siostry wyciągnęłam jej nóż i próbowałam wbić go w trzewia jednego z chmur, ale nieczęsto używałam ostrzy, niezależnie od mojego imienia, więc pokonał mnie, jeszcze zanim moja ręka zaczęła kreślić łuk.
Był brudnym człowiekiem – a kiedy stworzenie, które spędza noce wciśnięte pomiędzy konie, bez dachu nad głową, zwie ciało brudnym, możesz być pewien, że nie chodzi o smród zwyczajnego brudu. Drapiąc mnie związaną rzemieniami brodą, zawszoną i zakrwawioną, chwycił mnie w talii i wciągnął na koński grzbiet. By zamknąć moje przeklinające usta, trzasnął mnie w twarz opancerzoną pięścią. Rękawica uniosła się przede mną, srebrna i dziwnie piękna, a potem moje czoło pękło i zalało się czerwienią.
Jaki był ze mnie potwór? Nie zdołałam dotrzymać pola nawet jednemu rycerzowi; nie mogłam wbić miecza nawet w jedną kwiczącą świnię. Spojrzałam przez płachtę łez, krwi i lepkiej gliniastej ziemi i zobaczyłam, że mój młody mąż pędzi za nami z wyciem ranionego wilka, a za nim gna twój ojciec z kruczym pióropuszem, na rumaku bojowym. Jeździec w czarnych piórach ciął ogromnym mieczem biedną pierś mojego męża, bez jednej myśli czy wysiłku, jakby łapał muchę palcami. Kawałki kości i krwi frunęły do przodu, mój mąż plunął krwią na trawę i ukląkł jakby w modlitwie, a potem runął twarzą w krwawe błoto.
Próbowałam przestać płakać i przytuliłam policzek do boku obcego konia, szukając pociechy – przynajmniej był to koń, przynajmniej potem i skórą nie różnił się od moich długonogich przyjaciół – szukając węchem dobroci mojej rodziny w tym grubym, potężnym tułowiu.
Ruszyliśmy na południe.
Słońce znikło.
***
Ta pierwsza pięść – pierwsza z wielu – naznaczyła moją twarz, pokryła moje czoło bliznami grubymi jak lina żeglarza. Reszta jednakże jest moim dziełem. Jechaliśmy długi czas. Straciłam rachubę tych dni. Spowijał mnie kwaśny zapach brudnego mężczyzny i przymierającego głodem konia. Brakowało żywności dla rycerzy i kobiet, co dopiero dla tych biednych zwierząt, które powinny być nacierane olejem, kochane i głaskane podczas picia wody.
Po paru dniach Kołczan odebrała sobie życie, skacząc do rzeki; nurt jak tchnienie nocy uniósł ją daleko ode mnie, choć powinnam ją złapać i przytulić jej twarz do mojej. Była najstarsza, jednak ja żyję, a ona jest martwa.
Wiedziałam, zanim przybyliśmy do pałacu, co się ze mną stanie. Nawet potwory nie są głupie. Miałam zostać niewolnicą, przeznaczoną do sprawiania przyjemności twojemu ojcu i jego unurzanym w brudzie żołnierzom. Miałam chodzić ślicznie ubrana i natarta olejami jak ladacznica. Niewola mnie nie trapiła, ucieczka miała być dość prosta. Ale nie chciałam robić nic dla ich przyjemności i nie chciałam być dla nich piękna. Uznali, że tatuaże zrobione przez moją babcię, te piękne ciemne linie wijące się po mojej twarzy, są egzotyczne.
Moja nienawiść płonęła czarnym, wściekłym ogniem. Pewnej nocy, gdy śmierdzący brudem rycerz, który mnie pojmał, zapadł w pijacki sen, wyjęłam sztylet z pochwy u jego pasa. Była to piękna broń, z prostym, czystym ostrzem, które migotało jak woda grobowca Kołczana. Przyłożyłam je do policzków i pociągnęłam dwa razy, trzy razy, na zawsze niszcząc piękno, jakie mogą posiadać potwory.
Oczywiście mężczyźni wpadli we wściekłość, gdy rankiem ujrzeli moją twarz grubo usmarowaną krwią, jakbym włożyła szkarłatną maskę ze skóry. Zabrali mnie z namiotu i zaciągnęli do kolumny niewolników, żałosnych stworzeń przeznaczonych do pracy w kopalniach i kamieniołomach. Naprawdę wierzyłam, że i ja tam trafię, by ciąć skałę i wybierać metal z gór, i nie posiadałam się z radości – co jest łatwiejsze niż ucieczka, gdy wszędzie wokół wznoszą się zapraszające góry? Miałam wrażenie, że jestem w lisiej skórze, pełna nadziei zwycięstwa. Ale się pomyliłam.
Pałac wzniósł się przed nami jak ogier, ciężki i groźny, i ku memu przerażeniu nie wysłano mnie dalej, na usiane złotem wzgórza albo do wapiennych dolin, lecz wciągnięto do środka. W dół, w dół, w dół, w dół tysięcy schodów, przez setki bram powlokły mnie szorstkie ręce i wrzuciły do maleńkiej celi wilgotnej od potu i lat. Ach, pomyślałam wtedy, to moja kara za zniszczenie żołnierskiego łupu.
Wyłam, wrzeszczałam i skrzeczałam jak stado oszalałych sów, darłam włosy i kamienną podłogę, aż poharatane palce przestały mnie słuchać. Leżałam na kamieniach jak dziecko, skulona i płacząca, ucieczka była niemożliwa, miałam przeżyć życie w tym miejscu, sto nocy od śnieżnych, omiatanych wiatrem stepów. Wtedy z ciemności napłynął chichoczący głos, znajomy i szorstko słodki, pocierający mój policzek jak wilcze futro.
– Opadłaś z sił, dziewczyno? – zapytał cicho.
Spojrzałam w mrok, w kąty pomieszczenia, gdzie spodziewałam się zobaczyć stosy kości i starych włosów, i ujrzałam swoją babcię siedzącą ze skrzyżowanymi nogami, ubraną w łachmany i roześmianą.
– Musiałaś się trochę wykrzyczeć, wiem, ale teraz tylko sobie pobłażasz. Czyżbym niczego cię nie nauczyła? – Otworzyła ramiona, suche jak spękana kora, a ja w nie wpadłam. Nie wiem, jak długo mnie tuliła, ile razy umarłam, wróciłam do życia i znowu umarłam. Ale kiedy spojrzałam w jej twarz, z uśmiechem gładziła mnie po włosach. – Nie jest tak źle, kochanie, mogli przecież cię zabić.
– To jest gorsze – burknęłam.
Babcia uderzyła mnie mocno w pokaleczoną twarz. Policzek zabrzmiał jak klaśnięcie w koński bok.
– Nie. Żyjesz. Obie twoje siostry umarły. Litujesz się nad sobą, ty zepsute dziecko? Chyba cię rozpuściłam.
Zraniona, patrzyłam jak nieme zwierzę.
– Sprowadzili mnie tutaj, bo myślą, że mogą mnie złamać albo wykorzystać, albo jedno i drugie – mruknęła. – Jestem przecież wyjątkową niewolnicą. Teraz należę do ich głupiego nadwornego czarodzieja, z kapeluszem i sztuczkami z królikiem. Postanowiłam, że będę z tego rada. Zostawią mnie tutaj na tyle długo, żebym zrozumiała, kto rządzi, a kto nie, po czym postawią przed królem, żeby pokazać, jakim dobrym jestem psem. Będę bliżej niż potrzeba, żeby poderżnąć mu gardło. – Uśmiechnęła się promiennie, pełna radości. – Mamy więc trochę czasu na rozmowy. Powiem ci wszystko, co musisz wiedzieć, żebyś też mogła być szczęśliwa ze swojego losu. – Ściągnęła usta, oglądając moje pokiereszowane policzki. – Dobrze, że oszpeciłaś twarz, bo dzięki temu jesteśmy razem, ale również dlatego, że piękne kobiety rzadko tworzą silne czary.
Słowa babci zbierały się wokół jak sadzawka zimnej wody, kołysząc mnie i chłodząc moją zaczerwienioną skórę. Jej oczy lśniły jak sowie, twarz była spokojna jak księżyc.
– Teraz słuchaj. Zanim nas rozdzielą, muszę ci opowiedzieć historię mojej nauki, żebyś wiedziała, co ja wiem i czego sama byś się nauczyła, i twoje siostry też, gdyby król nie spadł na nas jak kamień rzucony z wysoka. Skoro stało się, jak się stało, musisz wziąć wszystko, co możesz, z moich starych kości.
***
Dziewczynka przerwała opowieść, zaciskając delikatne usta, patrząc w noc oczami cienia i utkanej sieci.
– Przystajesz i ruszasz dalej jak uparty żółw – powiedział chłopiec głucho – zawsze chowasz głowę, gdy chcę usłyszeć więcej. Robisz mi tak na złość?
Dziewczynka uśmiechnęła się blado, jakby chciała przeprosić. Ostrożnie oblizała wargi, ze smutkiem smakując resztki pieczonego gołębia.
– Muszę trochę odpocząć. Prześpijmy się godzinę, potem podejmę opowieść. – Urwała, zarumieniona po korzonki włosów. – Możesz położyć się koło mnie, jeśli chcesz; nocami jest tu zimno.
Zrobiła miejsce w długiej trawie i chłopiec niezdarnie położył się przy niej. Przez długi czas oboje nie mogli zasnąć, sztywni i wylęknieni, jakby jedno nie przespało wszystkich nocy w życiu obok brata lub siostry, a drugie nigdy nie nocowało w ukwieconych altankach i dziuplach drzew. On patrzył na nią, jej włosy poruszały się na wietrze jak rzeczne sitowie, aż wreszcie zasnęła, a wtedy, jakby bezwład jej członków stanowił swego rodzaju przyzwolenie, sam także zapadł w sen.
Ale niedługo później potrząsnął ją za ramię, spragniony jej historii jak żebrak wody na bezkresnej pustyni.

Kategorie: Nowinki
Otagowane: , , , ,