Książki (nie) tylko z górnej półki

Entries tagged as ‘idea’

Nie zbadane są decyzje wydawców

lipiec 7, 2009 · Dodaj komentarz

Oczywiście czasem jest to z dużym plusem dla czytelnika.

Rano zamawiam książkę Dr House’a (czyli Hugh Lauriego) pod pięknym tytułem “Sprzedawca broni”. W Polsce (na co wskazują też dane z merlin.pl) została wydana w 2004 roku. Jednak w sklepie znajduje się z adnotacją “towar trudno dostępny do 40 dni”. Nic zamawiamy i płacimy – warto poczekać (tym bardziej, że oryginał czytało się świetnie).

Po pewnej chwili dostajemy maila:

Ponownie witamy ze sklepu internetowego Merlin.pl!

Najmocniej przepraszamy, niestety nie możemy zrealizować zamówienia nr 5100560
złożonego 07-07-2009.

Pozycje
(tytuł, liczba egzemplarzy, wartość)
1. 978-83-7414-419-3 – Sprzedawca broni, 1 szt., 37,99zł
nie są dostępne u naszych dostawców
Byliśmy zmuszeni anulować to zamówienie, jeszcze raz przepraszamy.
Jednocześnie informujemy, że aktualizacja informacji o terminie realizacji i dostępności produktu wyświetlana na naszych stronach uaktualni się w ciągu najbliższej doby.

Ważne jest ostatnie zdanie ;) Po trzech godzinach okazuje się, że … “Sprzedawca broni” dostępny jest … w ciągu 24 godzin. Ba – nawet data wydania (czerwiec 2009) brzmi zachęcająco, więc zamawiamy ponownie.

Nie wiem, czy to zabieg celowy, czy ktoś zapomniał uaktualnić ofertę (mamy lipiec – książka ukazała się ponownie w czerwcu) – szkoda jednak powtórnego zamawiania.

Nie zbadane są decyzje wydawców, a tym bardziej oferta merlina, która jak żadna inna powinna być bardziej aktualna niż mapy google.

Kategorie: Przeczytane
Otagowane: , , , , , , , , ,

Żeglując między światami

czerwiec 24, 2009 · Dodaj komentarz

Czyli piraci na letnie wieczory i poranki również.

Wszystko zaczyna się dość niewinnie i nic nie wskazuje na opowieść o piratach.Po przeprowadzce do nowego miasta wszystko układa się nie tak… Davy nie ma tu przyjaciół, szkolny gang uwziął się na niego, a do tego ojciec nie daje znaku życia. Wszystko zmieni się jednak w dniu, kiedy w ogrodzie chłopca kotwicę rzuci niezwykły statek (sic!) Wtedy zaczyna się opowieść, która zdecydowanie robi wrażenie.

Julia Golding wykorzystując piracki motyw wprowadza nas w świat nie do końca znany. Oczywiście piraci i ich znaki charakterystyczne (pirackie czaszki, rubaszne zachowanie i ostry kodeks) znamy, jednak dopiero teraz dowiadujemy się, jaką rolę odgrywają w istnieniu naszego świata – dążą do zerwania nici, która oddziela różne wymiary chroniąc nas przed totalnym chaosem.

Piraci to nie wszystko – są i dobrzy żeglarze, którzy starają się bronić harmonii. Na całe szczęście Davy najpierw trafia w ich ręce, by móc wykonać zadanie, od którego zależy cała przyszłość ziemi. Dzięki temu może pokonać swoje codzienne lęki i stać się kimś lepszym – na zawsze.

Barwny język nie stroniący od marynistycznych wstawek i pirackiej gwary przyciąga tylko kolejne rzesze zwolenników (ale i patrzących sceptycznie) na pirackie klimaty. Polecam – takie powieści powinno się czytać obowiązkowo.

Żeglując między światami
Julia Golding
wydawnictwo Nasza Księgarnia
2009

Kategorie: Przeczytane
Otagowane: , , , , , ,

Nigdziebądź – fragment powieści

czerwiec 17, 2009 · Dodaj komentarz

Polecamy

Rozdział 1

Uciekała już od czterech dni, rozpaczliwie umykając w głąb chaotycznych korytarzy i tuneli. Była głodna i wyczerpana. Z coraz większym trudem otwierała każde kolejne drzwi.
Teraz znalazła sobie kryjówkę: małą kamienną norę pod światem. Była tu bezpieczna; taką przynajmniej miała nadzieję. W końcu zasnęła.
***
Pan Croup wynajął Rossa na ostatnim Ruchomym Targu, który urządzono w opactwie Westminster.
– Myśl o nim jak o kanarku – rzekł do pana Vandemara.
– Śpiewa? – spytał pan Vandemar.
– Wątpię. Naprawdę szczerze wątpię. Nie, mój miły przyjacielu, mówiłem w przenośni. Chodziło mi o ptaki, które zabiera się do kopalni.
Vandemar skinął głową.
Pan Ross zupełnie nie przypominał kanarka: był rosły – niemal tak rosły jak pan Vandemar – i brudny. Mało mówił, choć nie omieszkał wspomnieć, że lubi zabijać i że jest w tym dobry. Słowa te bardzo rozbawiły pana Croupa i pana Vandemara, tak jak Dżyngis-chana mogłyby rozbawić popisy młodego Mongoła, który niedawno splądrował swą pierwszą wieś albo spalił jurtę. Ross był kanarkiem, nawet o tym nie wiedząc. Toteż szedł pierwszy w poplamionej koszulce i sztywnych od brudu dżinsach, a Croup i Vandemar maszerowali za nim, ubrani w eleganckie czarne garnitury.
Szmer w ciemności. W dłoni pana Vandemara błysnął nóż. A potem nie tkwił już w jego ręce, lecz kołysał się lekko dziesięć metrów dalej.
Pan Vandemar podszedł i podniósł nóż. Na ostrzu tkwił szczur; zamykał i otwierał bezradnie pyszczek, gdy umykało z niego życie. Pan Vandemar dwoma palcami zmiażdżył mu czaszkę.
– Oto gryzoń, który nikogo już nie ugryzie – rzekł pan Croup. Zaśmiał się z własnego dowcipu.
Pan Vandemar milczał.
– Szczur. Gryzoń. Rozumiesz?
Pan Vandemar zsunął truchło z ostrza i zaczął z namysłem ruszać szczękami.
Pan Croup wytrącił mu martwego szczura z ręki.
– Przestań – rzekł.
Jego towarzysz z nadąsaną miną schował nóż.
– Uśmiechnij się – syknął zachęcająco pan Croup. – Będzie jeszcze wiele szczurów. A teraz ruszajmy. Tyle rzeczy do zrobienia. Tylu ludzi do zniszczenia.
***
Trzy lata w Londynie nie odmieniły Richarda, choć zmieniły sposób, w jaki postrzegał to miasto.
Gdy przybył tu po raz pierwszy, uznał, że Londyn jest dziwny, olbrzymi, całkowicie niezrozumiały. Tylko mapa metra nadawała mu choćby pozór porządku.
Stopniowo zaczął pojmować, że mapa ta stanowi jedynie podręczną fikcję, która ułatwia życie, lecz w żaden sposób nie odpowiada rzeczywistości; zupełnie jak członkostwo w partii politycznej, pomyślał kiedyś z dumą. Potem jednak, gdy spróbował wyjaśnić podobieństwo łączące mapę metra i partię grupie oszołomionych nieznajomych na przyjęciu, zdecydował, że w przyszłości będzie się trzymał z dala od polityki.
Z czasem odkrył, że coraz bardziej przyjmuje Londyn za coś oczywistego. Wkrótce zaczął się szczycić tym, że nie odwiedził żadnej atrakcji turystycznej (poza londyńską Tower; jego ciotka Maude przyjechała do miasta na weekend i Richard niechętnie towarzyszył jej w zwiedzaniu).
Jessica zmieniła to wszystko. Nagle, miast rozsądnie spędzać weekendy, zaczął bywać z nią w miejscach takich jak Galeria Narodowa i Tate, gdzie przekonał się na własnej skórze, że od zbyt długich wędrówek po galeriach okropnie bolą nogi, po jakimś czasie wielkie dzieła sztuki całego świata zlewają się w jedno, a żaden normalny człowiek nie zdoła uwierzyć, ile bezczelne kafejki muzealne potrafią policzyć sobie za ciastko i filiżankę herbaty.
– Oto twoja herbata i eklerka – rzekł. – Taniej byłoby kupić jednego Tintoretto.
– Nie przesadzaj – odparła radośnie Jessica. – A zresztą, w Tate nie ma żadnych Tintorettów.
– Trzeba było zjeść jeszcze ciasto z wiśniami – mruknął Richard. – Wtedy mogliby sobie pozwolić na kolejnego van Gogha.
– Nie – poprawiła go Jessica. – Nie mogliby.
Richard spotkał Jessicę dwa lata wcześniej we Francji podczas weekendowego wypadu do Paryża. Natknął się na nią w Luwrze, gdy próbował odszukać grupkę przyjaciół, którzy zorganizowali wycieczkę. Cofając się, wpadł na Jessicę, podziwiającą właśnie niezwykle wielki i historyczny brylant. Próbował przepraszać ją po francusku, poddał się, przeszedł na angielski, a potem usiłował przeprosić po francusku za to, że przeprasza po angielsku, wówczas jednak zorientował się, że Jessica jest tak angielska, jak tylko być można. W ramach rekompensaty kupił jej kosztowną francuską kanapkę i strasznie drogi musujący sok jabłkowy. I tak się to zaczęło.
Potem już nigdy nie zdołał przekonać Jessiki, że nie jest typem człowieka, który odwiedza galerie.
Richard czuł nabożny podziw wobec Jessiki, która była piękna, często nawet dowcipna i z pewnością czekała ją wielka przyszłość. Jessica natomiast dostrzegła w nim ogromny potencjał, który, właściwie pokierowany przez odpowiednią kobietę, uczyni z niego idealnego kandydata na męża.
Gdyby tylko nieco bardziej skoncentrował się na ważnych sprawach, mruczała do siebie i kupowała mu książki, takie jak: „Ubiór znaczy sukces” oraz „125 nawyków, które wiodą na szczyt”, książki uczące, jak kierować biznesem niczym kampanią wojskową. Richard zawsze jej dziękował i zawsze zamierzał kiedyś je przeczytać. Kupowała mu też ubrania, które uważała za odpowiednie – i nosił je posłusznie. A kiedyś, gdy uznała, że nadszedł czas, oznajmiła, iż powinni kupić pierścionek zaręczynowy.
– Czemu się z nią spotykasz? – spytał osiemnaście miesięcy później Garry z działu projektów. – Jest przerażająca.
Richard potrząsnął głową.
– Kiedy ją bliżej poznać, okazuje się urocza.
Garry odstawił na miejsce jednego z trolli z biurka Richarda.
– Dziwię się, że pozwala ci się nimi bawić.
– Nigdy nie poruszała tego tematu.
W istocie poruszała go, i to nieraz. Jednakże zdołała przekonać samą siebie, że zbiór trolli Richarda to oznaka pewnej uroczej ekscentryczności, porównywalna do kolekcji aniołów pana Stocktona. Właśnie organizowała wystawę aniołów pana Stocktona i doszła do wniosku, że wielcy ludzie zawsze coś zbierają. Tak naprawdę Richard nie kolekcjonował trolli. Zamiast tego, usiłując na próżno nadać nieco osobisty ton swemu miejscu pracy, rozmieścił w strategicznych miejscach plastikowe figurki. Ustawił też na biurku zdjęcie Jessiki. Dziś tkwiła na nim przylepiona żółta kartka.
Było to piątkowe popołudnie. Richard zauważył kiedyś, że wydarzenia to tchórze. Nie lubią występować pojedynczo, lecz zbierają się w stada i atakują wszystkie naraz.
Weźmy choćby ten szczególny piątek.
Był to, jak podkreśliła Jessica co najmniej dziesięć razy w ciągu ostatniego miesiąca, najważniejszy dzień jego życia. Oczywiście, nie najważniejszy dzień jej życia. Ten nadejdzie dopiero w przyszłości, gdy – Richard nie wątpił w to ani przez chwilę – ludzie obwołają ją premierem, królową czy nawet Bogiem. Lecz bez wątpienia w jego życiu był to dzień najważniejszy. Szkoda zatem, że mimo karteczki, którą Richard przy­kleił sobie na lodówce, i drugiej, zostawionej na zdjęciu Jessiki w biurze, zapomniał o nim całkowicie i na śmierć.
Był jeszcze raport Wandswortha, spóźniony i zaprzątający go prawie bez reszty. Richard sprawdził kolejny rząd liczb. Nagle zauważył, że strona siedemnasta zniknęła, i przygotował się do kolejnego wydruku. Po następnej stronie wiedział już, że gdyby tylko dano mu spokój… gdyby jakimś cudem telefon nie zadzwonił…
Zadzwonił. Richard pstryknięciem włączył głośnik.
– Halo? Richard? Dyrektor chce wiedzieć, kiedy dostanie raport.
Richard zerknął na zegarek.
– Za pięć minut, Sylvio. Jest już prawie gotowy. Muszę tylko dołączyć prognozę zysków i strat.
– Dzięki, Dick. Zaraz po niego przyjdę.
Sylvia, jak sama lubiła mówić, była osobistą asystentką dyrektora. Otaczała ją aura bezlitosnej sprawności.
Richard wyłączył głośnik. Telefon natychmiast zadzwonił ponownie.
– Richardzie – przemówił głosem Jessiki. – Tu Jessica. Nie zapomniałeś, prawda?
– Zapomniałem? – Próbował przypomnieć sobie, o czym mógł zapomnieć. Spojrzał na zdjęcie Jessiki w poszukiwaniu natchnienia i znalazł je w aż nadto wyraźnej postaci małej żółtej karteczki przylepionej do jej czoła.
– Richardzie, podnieś słuchawkę.
Posłuchał, jednocześnie czytając notatkę.
– Przepraszam, Jess. Nie zapomniałem. Siódma wieczór w Ma Maison Italiano. Spotkamy się na miejscu?
– Jessica, Richard, nie Jess. – Na moment urwała. – Po ostatnim razie, raczej nie. Potrafiłbyś zabłądzić nawet we własnym ogródku.
Richard miał właśnie zauważyć, że każdemu mogłaby pomylić się Galeria Narodowa z Narodową Galerią Portretu, i że to nie ona spędziła cały dzień stojąc na deszczu (co zresztą w jego opinii było równie zabawne jak nieskończone wędrówki po obu galeriach), zmienił jednak zdanie.
– Przyjdę do ciebie – oznajmiła Jessica. – Pójdziemy tam razem.
– Dobrze, Jess… przepraszam, Jessico.
– Potwierdziłeś naszą rezerwację, prawda, Richardzie?
– Tak – skłamał nader przekonująco. Drugi telefon na jego biurku rozdzwonił się przeraźliwie. – Jessico, posłuchaj, muszę…
– To dobrze – odparła Jessica i przerwała połączenie.
Największą sumę pieniędzy, jaką Richard wydał w życiu, przeznaczył na pierścionek zaręczynowy dla Jessiki osiemnaście miesięcy wcześniej.
Odebrał drugi telefon.
– Cześć, Dick – rzekł Garry. – To ja, Garry.
Garry siedział kilka biurek dalej. Pomachał do Richarda znad lśniącego, wolnego od trolli blatu.
– Wciąż jesteśmy umówieni na drinka? Mówiłeś, że obgadamy projekt Mersthama.
– Rozłącz się, do cholery. Jasne, że jesteśmy.
Richard odłożył słuchawkę. Na dole karteczki dostrzegł numer telefonu. Napisał ją sam kilka tygodni wcześniej. I zrobił tę rezerwację. Był tego niemal pewien. Ale jej nie potwierdził. Zamierzał, lecz ciągle miał coś na głowie, a wiedział, że zostało mnóstwo czasu. Wydarzenia atakują stadnie…
Sylvia stała obok niego.
– Dick? Raport Wandswortha?
– Już prawie gotów, Sylvio. Zaczekaj momencik, dobrze?
Skończył wystukiwać numer. Westchnął z ulgą, gdy ktoś odpowiedział.
– Ma Maison. Czym mogę służyć?
– Tylko jednym – odparł Richard. – Stolikiem dla trzech osób na dziś wieczór. Chyba go zamówiłem. Jeśli tak, potwierdzam rezerwację. Jeśli nie, chciałbym go zamówić. Proszę.
Nie. Nie mieli ani śladu rezerwacji na nazwisko Mayhew. Ani Stockton. Ani Bartram – nazwisko Jessiki. A co do zamówienia stolika…
Najgorsze nie były same słowa, lecz ton, jakim przekazano mu informację. Stolik na dziś wieczór powinien był zostać zarezerwowany wiele lat wcześniej, może nawet przez rodziców Richarda. Stolik na dziś wieczór był po prostu niemożliwy. Gdyby nagle w drzwiach zjawił się papież, premier albo prezydent Francji i nie miał potwierdzonej rezerwacji, wylądowałby na ulicy.
– Ale tu chodzi o szefa mojej narzeczonej. Wiem, że powinienem był zadzwonić wcześniej. Jest nas tylko troje, czy nie można by…
Jego rozmówca odwiesił słuchawkę.
– Richard – wtrąciła Sylvia. – Dyrektor czeka.
– Jak sądzisz – spytał Richard – czy daliby mi stolik, gdybym zadzwonił i zaproponował im dodatkowe pieniądze?
***
W jej śnie byli wszyscy razem, w domu. Jej rodzice, brat, siostra. Stali w sali balowej. Wszyscy tacy bladzi, tacy poważni. Porcja, matka, dotknęła jej policzka i powiedziała, że jest w niebezpieczeństwie. W swym śnie Drzwi zaśmiała się i odparła, że wie. Matka potrząsnęła głową. Nie, nie. Była w niebezpieczeństwie teraz. W tej chwili.
Otwarła oczy. Drzwi uchylały się powoli, cichutko. Wstrzymała oddech.
Ciche kroki na kamieniu.
Może mnie nie zauważy, może sobie pójdzie, pomyślała. A potem, z rozpaczą: Jestem głodna.
Kroki umilkły. Wiedziała, że jest dobrze ukryta pod stosem szmat i starych gazet. Może intruz nie ma złych zamiarów, myślała. Czyż nie słyszy bicia mego serca? A potem kroki zbliżyły się i wiedziała, co musi zrobić. Przerażało ją to.
Czyjaś ręka odgarnęła pokrywające ją śmieci i Drzwi spojrzała wprost w tępą twarz, która zmarszczyła się w złowieszczym uśmiechu. Przekręciła się i szarpnęła gwałtownie. Nóż wycelowany w pierś trafił ją w ramię.
Do tej chwili nie przypuszczała, że zdołałaby to zrobić. Nie sądziła, że miałaby dość odwagi, była dość przerażona, zdesperowana, by się ośmielić. Teraz jednak wyciągnęła rękę ku jego piersi i otworzyła…
Poczuła coś ciepłego, mokrego i śliskiego. Skuliła się i wygramoliła spod mężczyzny, po czym potykając się wypadła z pomieszczenia.
Zatrzymała się dopiero w tunelu, niskim i wąskim. Oparta o ścianę szlochała, chwytając oddech.
Zużyła resztkę sił. Nie zostało jej nic. Czuła narastający ból w ramieniu. Nóż! – pomyślała. Ale była bezpieczna.
– No, no – usłyszała głos dobiegający z ciemności po jej prawej stronie. – Przeżyła spotkanie z panem Rossem. A niech mnie, panie Vandemar. – Ton głosu był równie śliski, jak brązowy śluz pod palcami.
– A niech i mnie, panie Croup – odparł beznamiętny głos po lewej stronie.
W ciemności zapłonęło migotliwe światełko.
– Mimo to – oczy pana Croupa błyszczały w mroku pod ziemią – spotkania z nami nie przeżyje.
Drzwi rąbnęła go mocno kolanem w krocze. Poczuła, jak coś ustępuje pod kolanem, i zaczęła biec, zaciskając prawą dłoń na ramieniu.
Uciekła.
***
– Dick?
Richard machnięciem ręki odgonił intruza. Znów kierował swoim życiem. Jeszcze tylko chwila…
Garry powtórzył jego imię:
– Dick? Jest wpół do siódmej.
– Co?
Papiery, długopisy, arkusze kalkulacyjne i trolle wylądowały w aktówce Richarda. Zatrzasnął ją i rzucił się biegiem do wyjścia, po drodze naciągając płaszcz. Garry biegł obok niego.
– To co, idziemy na drinka?
– Drinka?
– Mieliśmy wyskoczyć dzisiaj razem, obgadać projekt Mersthama, pamiętasz?
To było dzisiaj? Richard zatrzymał się na moment. Gdyby bałaganiarstwo stało się kiedykolwiek sportem olimpijskim, mógłby reprezentować w nim Anglię.
– Garry, przepraszam. Zawaliłem sprawę. Muszę dziś spotkać się Jessicą. Zabieramy jej szefa na kolację.
– Pana Stocktona? Z firmy Stockton? Tego Stocktona?
Richard przytaknął.
Zbiegali po schodach.
– Na pewno będziesz się dobrze bawił – rzekł Garry. – A co słychać u potwora z Czarnej Laguny?
– Tak naprawdę Jessica pochodzi z Ilford, Garry, i wciąż pozostaje światłem i miłością mojego życia. Dzięki, że spytałeś. – Znaleźli się w holu i Richard śmignął wprost ku automatycznym drzwiom, które widowiskowo się nie rozsunęły.
– Jest już po szóstej, panie Mayhew – przypomniał Figgis, strażnik budynku. – Musi się pan podpisać.
– Jeszcze tylko tego mi trzeba – rzekł Richard do nikogo w szczególności. – Jeszcze tylko tego.
Pan Figgis pachniał syropem od kaszlu i słynął ze swej encyklopedycznej kolekcji miękkiej pornografii. Strzegł drzwi z oddaniem graniczącym z szaleństwem, bo nigdy nie doszedł do siebie po wieczorze, kiedy z całego piętra zniknęły komputery wraz z dwiema palmami w donicach i dywanem dyrektora Axminstera.
– Czyli dziś z drinka nici?
– Przepraszam, Garry. Może być w poniedziałek?
– Jasne. W poniedziałek. Nie ma sprawy. Do zobaczenia.
Pan Figgis zbadał uważnie podpis i przekonawszy się naocznie, że Richard nie wynosi komputerów, palm w donicach ani dywanów, nacisnął przycisk pod biurkiem. Drzwi się rozsunęły.
– Drzwi – rzekł Richard.
***
Podziemny korytarz rozgałęział się i dzielił. Na oślep wybierała drogę, śmigając tunelem, biegnąc, potykając się i wymachując rękami.
Gdzieś za nią maszerowali pan Croup i pan Vandemar, spokojni i radośni, jakby zwiedzali właśnie wystawę w Pałacu Kryształowym.
Gdy dochodzili do rozstajów, pan Croup klękał, znajdował najbliższą kroplę krwi i znów ruszali jej śladem.
Byli niczym hieny, ścigające ofiarę, póki nie pada z wyczerpania. Mogli zaczekać. Mieli mnóstwo czasu.
***
Dla odmiany Richardowi dopisało szczęście. Złapał taksówkę. Szczególnie entuzjastyczny kierowca zawiózł go do domu niezwykłą trasą, biegnącą ulicami, istnienia których Richard wcześniej nie zauważył. Wyskoczył z taksówki, pozostawiając napiwek i aktówkę, zdołał jeszcze zatrzymać wóz, odzyskał walizeczkę, wbiegł po schodach i wpadł do mieszkania.
Już w korytarzu ściągnął z siebie ubranie; aktówka zawirowała w powietrzu i wylądowała na sofie. Starannie położył klucze na stoliku po to, by o nich nie zapomnieć.
Potem wpadł do sypialni.
Zadźwięczał dzwonek.
Richard, w trzech czwartych odziany już w swój najlepszy garnitur, rzucił się do domofonu.
– Richard? Tu Jessica. Mam nadzieję, że jesteś gotów.
– Ach, tak. Zaraz będę.
W biegu naciągnął płaszcz, zatrzaskując za sobą drzwi.
Jessica czekała na niego przed schodami. Taki miała zwyczaj. Nie lubiła mieszkania Richarda; czuła się w nim niezręcznie i dziwnie kobieco. Zawsze istniała szansa, że w dowolnym miejscu natknie się na sztukę męskiej bielizny, nie mówiąc już o wędrujących bryłkach zeschniętej pasty do zębów na umywalce. Nie, z całą pewnością nie było to mieszkanie w jej stylu.
Jessica była bardzo piękna, tak piękna, że Richard od czasu do czasu wpatrywał się w nią ze zdumieniem, myśląc: Jakim cudem związała się ze mną?
A kiedy się kochali – nieodmiennie w mieszkaniu Jessiki na Barbicanie, w mosiężnym łóżku Jessiki między sztywnymi, białymi, lnianymi prześcieradłami (rodzice Jessiki wychowali ją w przekonaniu, że kołdry są dekadenckie) – po akcie w ciemności obejmowała go bardzo mocno, jej długie brązowe loki opadały mu na pierś i szeptała, jak bardzo go kocha. A on odpowiadał, że także ją kocha i pragnie z nią być, i oboje wierzyli, że to prawda.
***
– Na mój honor, panie Vandemar. Ona zwalnia.
– Zwalnia, panie Croup.
– Pewnie traci mnóstwo krwi, panie V.
– Śliczniej krwi, panie C. Ślicznej, mokrej krwi.
– Już niedługo.
Szczęk: dźwięk otwieranego sprężynowego noża, pusty, mroczny i samotny.
***
– Richardzie, co robisz? – spytała Jessica.
– Nic, Jessico.
– Nie zapomniałeś chyba kluczy, prawda?
– Nie, Jessico.
Richard przestał się poklepywać i wsunął ręce głęboko w kieszenie płaszcza.
– Kiedy dziś wieczór poznasz pana Stocktona – zaczęła Jessica – powinieneś docenić, że to nie tylko bardzo ważny człowiek, ale uosobienie wielkiej korporacji.
– Nie mogę się już doczekać – westchnął Richard.
– Co mówisz, Richardzie?
– Nie mogę się już doczekać – powtórzył z entuzjazmem.
– Chodź szybciej. – Jessica zaczęła zdradzać oznaki czegoś, co u kobiety mniejszego ducha można by opisać jako zdenerwowanie. – Nie możemy się spóźnić.
– Nie, Jess.
– Nie nazywaj mnie tak, Richardzie. Nie znoszę zdrobnień. Są takie protekcjonalne.
– Może kilka groszy?
Mężczyzna siedział w drzwiach z ręcznie wypisaną kartką na piersi, oznajmującą światu, że jest głodny i bezdomny. Richard nie potrzebował żadnego znaku, by w to uwierzyć. Sięgnął do kieszeni w poszukiwaniu monety.
– Richardzie, nie mamy czasu – upomniała go Jessica, która wspierała organizacje charytatywne i etycznie inwestowała pieniądze. – Chcę, żebyś wywarł dobre wrażenie jako mój narzeczony. To istotne, by przyszły małżonek wywarł dobre wrażenie. – Nagle zmarszczyła twarz w uśmiechu. Objęła go na moment. – Och, Richardzie, kocham cię. Wiesz o tym, prawda?
A Richard przytaknął. I rzeczywiście wiedział.
Jessica zerknęła na zegarek i przyspieszyła kroku.
Richard dyskretnie rzucił funtową monetę w stronę mężczyzny w drzwiach, który pochwycił ją zręcznie brudną dłonią.
– Nie miałeś problemów z rezerwacją, prawda? – spytała Jessica.
A Richard, który nie potrafił dobrze kłamać w bezpośredniej rozmowie, odparł:
– Hmm…
***
Źle wybrała. Korytarz zamykała gładka ściana. W zwykłych okolicznościach nie stanowiłoby to problemu, ale była taka zmęczona, taka głodna. Tak bardzo cierpiała…
Oddychała gwałtownie, dławiąc się i szlochając. Jej lewe ramię było zimne. Ręka zupełnie zdrętwiała.
– Na mą czarną duszę, panie Vandemar, czy widzi pan to co ja? – Głos był miękki, bliski. Musieli podejść do niej bliżej, niż przypuszczała. – Moje maleńkie oczy dostrzegają coś, co…
– Za chwilę zginie, panie Croup – dokończył głos nad jej głową.
– Nasz zleceniodawca będzie zachwycony.
A ona sięgnęła daleko w głąb swej duszy, czerpiąc z bólu, strachu, cierpienia. Była zmęczona, wypalona, całkowicie bezradna. Nie miała dokąd pójść. Brakowało jej czasu i sił.
Choćby były to ostatnie drzwi, które otworzę… – modliła się w duchu do Świątyni i Łuku. Gdzieś… gdzie będzie… bezpiecznie. A potem pomyślała: Ktoś.
I spróbowała otworzyć drzwi.
Gdy pochłonęła ją ciemność, usłyszała głos pana Croupa dobiegający z bardzo daleka.
– Do licha!
***
Jessica nie przyjęła tego dobrze.
– Naprawdę musiałeś obiecać im dodatkowe pięćdziesiąt funtów za nasz stolik? Jesteś idiotą, Richardzie.
– Zgubili moją rezerwację. I powiedzieli, że wszystkie stoły są zajęte.
– Pewnie posadzą nas koło kuchni – westchnęła. – Albo obok drzwi. Mówiłeś im, że to dla pana Stocktona?
– Tak.
Znów westchnęła.
W ścianie tuż przed nimi otwarły się drzwi. Wyszła z nich jakaś postać. Przez długą, straszliwą chwilę stała chwiejnie, a potem runęła na beton.
Richard zadrżał.
– Kiedy będziesz rozmawiał z panem Stocktonem, pamiętaj, żeby mu nie przerywać ani się z nim nie spierać. Nie lubi, gdy ktoś się z nim spiera. Jeśli zażartuje, śmiej się. Gdybyś miał wątpliwości, czy to był żart, spójrz na mnie, a ja… postukam palcem w stół.
Dotarli do człowieka na chodniku. Jessica przekroczyła go. Richard się zawahał.
– Jessico?
– Masz rację. Może uznać, że się nudzę. Kiedy zażartuje, podrapię się w ucho.
– Jessico!
– Co?
– Spójrz – wskazał chodnik. Spoczywająca tam osoba leżała twarzą do ziemi, spowita w wielowarstwowy strój.
Jessica chwyciła go pod rękę i pociągnęła ku sobie.
– Jeśli zaczniesz zwracać na nich uwagę, Richardzie, wejdą ci na głowę. Oni wszyscy mają domy. Kiedy się prześpi, z pewnością nic jej nie będzie.
Jej? Richard przyjrzał się uważnie. Rzeczywiście, to była dziewczyna.
– Uprzedziłam pana Stocktona, że… – ciągnęła Jessica. Richard przyklęknął. – Richardzie, co ty robisz?
– Nie jest pijana – rzekł – tylko ranna. – Spojrzał na swe palce. – Krwawi.
Jessica popatrzyła na niego, zdenerwowana i zaskoczona.
– Spóźnimy się – powiedziała z naciskiem.
– Jest ranna.
Jessica obejrzała się na dziewczynę na chodniku. Priorytety. Richardowi stanowczo brakowało priorytetów.
Twarz dziewczyny pokrywała warstwa brudu. Jej ubranie było mokre od krwi.
– Richardzie, spóźnimy się.
– Ona jest ranna – odparł z prostotą. Jego twarz przybrała wyraz, którego Jessica jeszcze na niej nie widziała.
– Richardzie! – rzuciła ostrzegawczo, potem jednak ustąpiła odrobinę, proponując kompromis. – Zadzwoń po karetkę. Tylko szybko.
Oczy dziewczyny otwarły się, białe i okrągłe w ciemnej od krwi i kurzu twarzy.
– Proszę, nie do szpitala. Znajdą mnie. Zabierz mnie w bezpieczne miejsce. Proszę. – Jej głos był bardzo słaby.
– Ty krwawisz – rzekł Richard. Obejrzał się, by sprawdzić, skąd przyszła. Ściana jednak była ceglana, lity mur.
– Pomóż mi – szepnęła. Powieki jej opadły.
– Kiedy zadzwonisz na pogotowie, nie podawaj nazwiska. Może musiałbyś złożyć zeznanie albo coś takiego. A nie chcę, by nasz wieczór zakończył się katastrofą… Richardzie, co ty robisz?
Richard podniósł dziewczynę. Była zaskakująco lekka.
– Zabieram ją do siebie, Jess. Nie mogę jej tu zostawić. Powiedz panu Stocktonowi, że jest mi naprawdę bardzo przykro, ale zdarzyło się coś niespodziewanego. Z pewnością to zrozumie.
– Richardzie Oliverze Mayhew – powiedziała zimno Jessica. – Natychmiast połóż tę młodą osobę i podejdź tutaj, bo jeśli nie, zrywam nasze zaręczyny. Ostrzegam!
Richard poczuł ciepłą, lepką krew przesiąkającą przez koszulę. Czasami nic się nie da zrobić.
Odszedł.
Jessica stała na chodniku patrząc, jak Richard rujnuje jej wielki wieczór. Pod powiekami zapiekły ją łzy. Po chwili zniknął jej z oczu i wtedy, dopiero wtedy zaklęła głośno i wyraźnie, i z całych sił cisnęła torebką o ziemię, dość mocno, by po betonie rozsypały się szminka, telefon komórkowy, kalendarz i kilka tamponów.
A potem, ponieważ nic innego nie mogła zrobić, pozbierała wszystko, włożyła do torebki i ruszyła do restauracji, by zaczekać na pana Stocktona.
Sącząc białe wino, próbowała obmyślić wiarygodny powód, dla którego narzeczony nie mógł jej towarzyszyć. Rozpaczliwie zastanawiała się, czy nie mogłaby po prostu powiedzieć, że Richard umarł.
– To była bardzo nagła śmierć – mruknęła pod nosem.
***
Przez całą drogę Richard ani na moment nie zatrzymał się, by pomyśleć. Zupełnie jakby coś nim kierowało. Gdzieś w głębi umysłu ktoś – zwykły, rozsądny Richard Mayhew – mówił mu, jak idiotycznie się zachował. Powinien był wezwać policję albo karetkę, niebezpiecznie jest ruszać rannego, bardzo poważnie obraził Jessicę, będzie musiał spać dziś na kanapie, zniszczy sobie najlepszy garnitur, dziewczyna okropnie śmierdzi… Mechanicznie stawiał kroki. Cierpły mu ramiona, bolały plecy, a on, ignorując spojrzenia przechodniów, szedł naprzód. Wreszcie znalazł się przy wejściu na klatkę schodową. Potykając się, wszedł na górę, stanął przed swymi drzwiami – i w tym momencie uświadomił sobie, że zostawił klucze w środku na stoliku…
Dziewczyna wyciągnęła brudną dłoń ku drzwiom, które otwarły się lekko.
Nigdy nie sądziłem, iż ucieszy mnie fakt, że zamek nie zaskoczył, pomyślał Richard, wnosząc ją do środka. Nogą zamknął za sobą drzwi i położył dziewczynę na łóżku.
Przód jego koszuli był mokry od krwi.
Nieznajoma sprawiała wrażenie półprzytomnej. Jej powieki trzepotały.
Zdjął z niej skórzaną kurtkę. Na lewym ramieniu miała głęboką ranę. Richard aż syknął na jej widok.
– Posłuchaj, muszę wezwać lekarza – rzekł cicho. – Słyszysz mnie?
Otworzyła oczy – okrągłe, przerażone.
– Proszę, nie. Nic mi nie będzie. Nie jest aż tak źle, jak się zdaje. Potrzeba mi tylko snu. Żadnych lekarzy.
– Ale twoje ramię, twoja ręka…
– Nic mi nie będzie. Jutro. Proszę. – Jej głos opadł do szeptu.
– No dobrze, jeśli tego chcesz. – Powoli wracał mu rozsądek. – Posłuchaj, mógłbym spytać…
Dziewczyna spała.
Na palcach wyszedł z sypialni, zamykając za sobą drzwi. Potem usiadł na kanapie przed telewizorem, zastanawiając się, co właściwie zrobił.

Kategorie: Nowinki
Otagowane: , , , , , , , ,

Jak dostać za darmo niektóre stare książki? [Spryciarze.pl]

czerwiec 16, 2009 · Dodaj komentarz

Jak dostać za darmo niektóre stare książki? Wystarczy wejść na stronę Śląskiej Biblioteki Cyfrowej (sbc.org.pl) i podać tytuł książki. Jest to całkowicie legalne.

Kategorie: Ksiazki.tv
Otagowane: , , , , , , , , , , , , ,

Uśmiech Demokryta w księgarniach

czerwiec 16, 2009 · Dodaj komentarz

Już w księgarniach nowa książka Ryszarda Przybylskiego, Uśmiech Demokryta. Un presque rien.

Trzy eseje na kanwie nawiedzających autora wspomnień z czasów jego dzieciństwa na Wołyniu w latach 30. i 40. oraz młodości w repatrianckim Gdańsku tuż po wojnie. Ikona mojej matki, Nasz wielki sąsiad i Demokrytejski szlif – każdy z tych esejów kryje w sobie osobiste doświadczenie będące swego rodzaju „wtajemniczeniem w los”, a Przybylski odczytuje je jak wytrawny hermeneuta. Znajdziemy tu interpretację ikonograficznych przedstawień postaci świętego Józefa, obrazu Rosji u Maurycego Mochnackiego i egzystencjalnej postawy Demokryta z Abdery, którego pozbawiony złudzeń uśmiech staje się emblematem losu doświadczonego przez historię mieszkańca naszej części świata w XX stuleciu.

Patronat medialny:
Polityka, Tygodnik Powszechny

Ryszard Przybylski, Uśmiech Demokryta. Un presque rien, Sic! Wydawnictwo Warszawa 2009, 148 str., oprawa twarda, format 135×205, ISBN 978-83-60457-79-5, cena 39,00 zł

Kategorie: Nowinki · Pozostałe
Otagowane: , , , , , ,

NOC KINA – 5 EDYCJA! – 19 CZERWCA 2009 – start 23:00

czerwiec 15, 2009 · Dodaj komentarz

5 edycja Nocy Kina odbędzie się w aż 20 kinach w Polsce we wszystkich piętnastu kinach sieci Multikino oraz we wszystkich 5 kinach Silver Screen – w Gdyni, Łodzi, Warszawie Woli, Targówku oraz w Silver Screenie Europlex na warszawskim Mokotowie. NOC KINA już 19 czerwca od 23:00 w dwudziestu kinach w całej Polsce !

NOC KINA to niezwykła impreza filmowa
- noc, w trakcie której można oglądać najciekawsze filmy z ostatnich lat, podzielone na ulubione kategorie filmowe. Podobnie, jak podczas poprzednich edycji NOCY KINA widzowie mogą oglądać filmy do białego rana, przemieszczając się dowolnie z filmu na film, z sali na salę!

NOC KINA to prawdziwie i jedyne oficjalne święto każdego kinomaniaka:

- pokazy filmowe we wszystkich salach kinowych,
- pokazy 10-12 różnych filmów, zaczynających się w krótkich odstępach czasowych możliwość obejrzenia paru filmów w wybranej kolejności,
- pokazy filmów w 6 ulubionych kategoriach: komedie, horrory, dramaty, filmy oscarowe, kino polskie oraz filmy europejskie. Podczas imprezy w Multikinach nie zabraknie dodatkowych atrakcji:

- specjalne promocje w kinowych barkach (m.in. produkty w promocyjnych cenach i dolewka Coca-Coli gratis).

Podczas Nocy Kina przewidziane są, także konkursy z nagrodami.

- Filmy z 6 kategorii filmowych: komedie, horrory, dramaty, oscarowe, polskie oraz kategoria specjalna piątej edycji Nocy Kina: europejskie.

Filmy na 5 Edycji Nocy Kina 2009:

komedie
- Tajne przez poufne
- Dziewczyna mojego kumpla
- Jestem na TAK

horrory
- Nocny pociąg z mięsem
- Martwa Rzeka
- Eden Lake
- Oko

dramaty
- Lektor
- Gran Torino

oscarowe
- Slumdog: Milioner z ulicy
- Niezwykły przypadek Benjamina Buttona
- Obywatel Milk

polskie
- Włatcy Móch
- To nie tak jak myślisz kotku
- Idealny facet dla mojej dziewczyny
- Ile waży Koń Trojański ?

europejskie
- Gomorra
- Walc z Bashirem
- Młode vino
- Klasa

Ceny biletów: 17 zł normalny oraz 13 zł dla posiadaczy kart Multikinomaniaka, posiadaczy karty kredytowej Multikino lub karty lojalnościowej Silver Club oraz posiadaczy zbliżeniowych kart płatniczych Maestro® PayPass™

Bilet na piątą edycję Nocy Kina upoważnia do wstępu do kina i przemieszczania się między wszystkimi salami kinowymi do białego rana!

Bilety w sprzedaży tylko w kasach Multikino i Silver Screen od 5 czerwca 2009 !

Szczegółowe repertuary kin oraz regulamin NOCY KINA – 19 czerwca 2009 na stronach www.silverscreen.pl oraz www.multikino.pl

Kategorie: Ksiazki.tv
Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , ,

Katarzyna Grochola – “Kryształowy anioł”

czerwiec 15, 2009 · Dodaj komentarz

“Kryształowy Anioł” to najnowsza powieść najpopularniejszej polskiej pisarki Katarzyny Grocholi.

Judyta, obwołana najbardziej wpływową bohaterką literacką wolnej Polski, ma godną następczynię. Na niemal sześciuset stronach nowej, znakomitej powieści Kryształowy Anioł Katarzyna Grochola powołuje do istnienia Sarę. Ta inteligentna i wrażliwa trzydziestolatka, podobnie jak wielu przedstawicieli jej pokolenia, wyjeżdża z rodzinnego miasta, aby szukać szczęścia w Warszawie. Niestety to, co jest szczęściem dla męża Sary, jej przynosi osamotnienie i rozpacz. Ogromny sukces przychodzi w najmniej spodziewanym momencie i łączy się z goryczą porażki.

Takiej powieści jeszcze nie było. W Kryształowym aniele czytelnicy odnajdą niezwykłą syntezę tego, co znamy z Nigdy w życiu! i Trzepotu skrzydeł: błyskotliwe dialogi, zabawne qui pro quo, ale też duszną atmosferę dramatu psychologicznego.

Sugestywny styl Grocholi sprawia, że czytając Kryształowego Anioła, będziemy na przemian zaśmiewać się i wzruszać razem z główną bohaterką.

Kategorie: Ksiazki.tv
Otagowane: , , , , , , , , , , , , ,

Ryszard Rynkowski promuje swój album

czerwiec 15, 2009 · Dodaj komentarz

25 maja gościem warszawskiego empiku Junior był Ryszard Rynkowski. Zapraszamy do obejrzenia wideorelacji z tego spotkania.

Podczas spotkania Ryszard Rynkowski promował swój najnowszy album – ” Zachwyt”, który trafił do sprzedaży 13 marca.

Płyta jest dowodem, że Ryszard Rynkowski jest w świetnej formie. Część materiału muzycznego powstało za oceanem i będzie to jedenaście nowych utworów. Jak zwykle tekstowo piosenkarza wspiera Jacek Cygan – to już bardzo sprawdzony duet. W tekstach piosenek można odnaleźć opowieści o tym co działo się w życiu Artysty od wydania ostatniej płyty.

wideorelację można zobaczyć tutaj

Kategorie: Ksiazki.tv
Otagowane: , , , , , , , ,

Krew Manitou

czerwiec 15, 2009 · Dodaj komentarz

Czyli dlaczego Meyer i reszta powinny się uczyć od Mastertona?

W Nowym Jorku szaleje “wampirza” epidemia. Jej ofiary podrzynają gardła innym ludziom, a następnie wypijają ich krew. Ilość morderstw idzie w setki, w mieście wybucha panika. Osoby zakażone wirusem roznoszą go uprawiając seks z kolejnymi osobami, które same stają się nosicielami. Do walki z wampirami staje jasnowidz Harry Erskine, posiadający zdolność nawiązywania kontaktu z duchami. Pomaga mu jego duchowy przewodnik, indiański szaman Śpiewająca Skała, który przed laty stoczył pojedynek z najgroźniejszym z demonów – Misquamacusem. Okazuje się, że Misquamacus powrócił – w nowej postaci. W XIX wieku pewien biznesmen, z zemsty za zamordowanie rodziny przez Indian, sprowadził do Ameryki wampiry z Rumunii, które przetrwały w stanie uśpienia i odrodziły się 11 września 20O1 roku po ataku na World Trade Center…

Masterton – znany mi dotychczas z niebanalnego podejścia do spraw nadprzyrodzonych postanawia zmierzyć się z motywem wampira. Trzeba przyznać, że jako jeden z nielicznych do sprawy podszedł poważnie i nie zszargał “dobrego imienia” władców nocy (jak Meyer i reszta).

U Mastertona wampir jest zły, niebezpieczny i żądny morza krwi. Nie chodzi do szkoły, nie żywi się zwierzęcą krwią czy nie stara się zakochać w pięknej przedstawicielce rodzaju ludzkiego. Jest takim, jaki stworzyły go legendy i każda strona, która opisuje mroczne krypty z ponadprzeciętną ilością trumien wywołuje u czytelnika thrill. O to chodzi.

Autor być może przesadził z twierdzeniem, że wampiryzm przenosi się drogą płciową (chociaż jak zwykle opisy seksualnych uniesień bohaterów stanowią jego mocny atut) jednak patrząc na całość książki można mu takie fpa wybaczyć. Nawet, gdy wampiry Mastertona nie używają zębów do wysysania krwi – a bardziej gustują w ostrych narzędziach i fontannach czerwonego płynu wypływających z tętnic.

Bohaterowie jak zwykle realistyczni, ciekawi – przedstawieni wraz ze swoimi zaletami i wadami. Niemniej posiadający ogromną wiedzę na temat danego zjawiska (tu wampiryzm) dają nam nie tylko fantastyczną literacką ucztę ale także spory kawałek wiedzy na ten temat.

Przyjemnie jest czytać książkę od deski do deski (a tak jest w przypadku Mastertona). Więc nie czekać, tylko kąpać się w krwi Manitou. Najlepsza książka, jaką czytałem ostatnimi czasy.

Krew Maniotu
Graham Masterton
wydawnictwo Albatros
2007

Kategorie: Przeczytane
Otagowane: , , , , , , , , , , , ,

VIII Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom

czerwiec 10, 2009 · Dodaj komentarz

Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach w dniach 1-6 czerwca czytała głośno dzieciom w ramach VIII OTCD . Czytano Baśnie z najdalszych zakątków globu i bawiono się w gry i zabawy z tych krajów.
Zdjęcia prezentują imprezy zorganizowane przez Bibliotekarzy z Filii nr 5Mł, 6, 10 oraz Filii nr 22.

Kategorie: Ksiazki.tv
Otagowane: , , , , , ,