Hubert Klimko – Dobrzaniecki rozprawia się ze swoją 40-tką tak, jak na pisarza przystało. “Rzeczy pierwsze” są raz totalnie głupie, innym razem niesamowicie odkrywcze.

Przydomowy cmentarzyk pod płodną jabłonką. Ciemna Islandia. Freudowski Wiedeń, gdzie psychoterapeuta może nagle zmienić się w łabędzia. Woźny Pietrzak, który dokarmia kawkę i poleruje swe sztuczne oko rąbkiem poduszki (uprzednio wyrzucając wujka z łóżeczka). No i te rzeczy pierwsze, których pewnie nikt nie pamięta (oprócz Dobrzanieckiego i Detektywa Monka).
Narrator świrnięty, jak cała opowieść bawi się z czytelnikiem co rusz rzucając go na nowe, nieodkryte oceany. Jednak w obliczu lat 40 nawet spokojny inżynier Karwowski dostał małpiego rozumu. Dlatego Klimko w całym tym arsenale dziwacznych zdarzeń, osób i słów nie szokuje.
Jednak przyznaję – humor poprawił mi się przez 20-minutową lekturę “Rzeczy pierwszych”. Może nie jest to dawka wymarzona – jednak dobra na tyle, by w stanie euforii pochodzić sobie parę godzin po tym świecie.
Pewnie koniec końców jak i ja dożyję tylu lat – uznam Klimka za twórcę arcydzieła. Na razie jednak można było kupić, choć w tym samym czasie pojawiły się lektury ciekawsze.
Hubert Klimko – Dobrzaniecki
Rzeczy pierwsze
wydawnictwo Znak
2009
0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.